Przez ciernie do gwiazd.

Cokolwiek jest zrobione w miłośći, zawsze przekracza ramy dobra i zła.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Rose


-Mam genialny pomysł.-rzekł przepuszczając mnie w drzwiach knajpki z której właśnie wychodziliśmy.Obżarci i uśmiechnięci.Jak w święta.
-Boje się twoich pomysłów.-brunet uśmiechnął się szeroko z nutką tajemniczości ciągnąc mnie za rękę w nie wiadomym mi kierunku.-Gdzie idziemy? Jest późna godzina,rodzicie będą...
-Przestaniesz w końcu myśleć "co będzie?"-spytał szybko okręcając się w moim kierunku.Stał krok ode mnie wciąż trzymają mocno moją dłoń.-Nie sądzisz,że przez takie gadanie,przez takie nastawienie omija cię to co najlepsze w życiu? Wiesz co to spontaniczność? Pod jego wpływem tworzą się najlepsze historie w twoim życiu,więc daj na luz.
-Ale...
-Nie,nie,nie.-przerwał mi-nie chce słyszeć żadnego "ale". Czasami za dużo myślisz.
-To źle?
-W niektórych sytuacjach taka jak ta na przykład-to tak.-odparł i już nic więcej nie mówiąc dałam się ciągnąc moje truchło "gdzieś". Miał racje.Powinnam się uspokoić i choć raz zrobić coś wbrew rodzicom.Co ja mówię,wbrew samej sobie,sama postawiam sobie ściany w życiu,a później się dziwię dlaczego moje życie jest takie nudne.Dom,szkoła,dom,szkoła,święta u babci.
-Wesołe miasteczko? To ten twój genialny plan?-zadrwiłam z niego widzą szereg świecących się budynków,kolejek,huśtawek i innych.
-Kto normalny nie lubi wesołego miasteczka?-prychnął trącając moją osobę ramieniem przez co zatoczyłam się delikatnie w bok.Nie byłam mu dłużna i już po chwili przepychaliśmy się nawzajem.Pomimo później godziny miasteczko nie było puste.W większości była to młodzież,ale nie brakowało także starszych osób.
-Oooo samochodziki.Chodźmy na samochodziki.-powiedział z litością w głosie i zanim zdążyłam przeanalizować jego wypowiedź on już siedział w jednym z samochodzików.Czarny z różową błyskawicą na boku.Mimowolnie się zaśmiałam.
-Nie wiedziałam,że gustujesz w różu.-rzekłam,siadając w zielonym wozie z żółtą błyskawicą.
-Drwisz z mego batmobila?!-spytał z irytacją i cwaniacką miną wyskakując ze swojego pojazdu.Stanął nade mną rozkładając ręce i próbują się nie śmiać jednak mu to nie wychodziło.
-Ja? Ależ nigdy! Zdaje sobie świetnie sprawę,że służy on do obrony niewinnych obywateli Gotham.-odparłam skłaniają się w jego stronę w celu oddania hołdu.Wybuchłam śmiechem obserwując jak chłopak z szerokim uśmiechem klęka przy mnie.Spojrzał w moje oczy i wtedy czas się zatrzymał.Brzmi kiepsko jak w tych wszystkich tanich miłosnych nowelach,ale tak było.Czytając "I wtedy czas się zatrzymał,utonęłam w jego oczach..." bądź inne tego rodzaju zdania,cytaty śmiałam się z tego uważając to za nagły wybryk wyobraźni autora,jednak kiedy przychodzi co do czego to to się sprawdza i widzę teraz w tym sens,tą prawdę.
-Co robisz?-spytałam kiedy zorientowałam się,że chłopak zapina mi pasy.
-Tak dla pewności.- i wsiadł z powrotem do swojego batmobila jakby niby nic.
-Serio? Przy prędkości 10 km/h?-zadrwiłam nie do końca zdają sobie sprawę z jego troskliwości.Chcą czy nie chcą dbał o mnie,nie wiedzieć czemu.
-Ostrożności nigdy za wiele!-zaśmiał się podnosząc swój wskazujący palec w górę i ruszając swoim samochodzikiem.Oczywiście nie zapinają pasów.Dbał o mnie bardziej niż o siebie.



***


-EJ! Będziesz mi to wybierał z włosów!-rzekłam czując kolejny popcorn uderzający w moją głowę.Nie czekając dłużej cisnęłam w niego garścią prażonej kukurydzy.
-Ej! Marnujesz!-krzyknął łapiąc się obiema dłońmi za głowę.
-Ty zmarnowałeś więcej!
-Nie? Połowa jest w twoich włosach.-odparł,uśmiechają się przy tym uroczo i mrugając powiekami.Zaśmiałam się dając mu kuksańca w bok.Nie mam pojęcia która była godzina i ile już tutaj jesteśmy.Świetnie się razem dogadywaliśmy i nie zamierzałam tego psuć moim "co będzie". Byliśmy na prawie wszystkich karuzelach,huśtawkach i kolejkach.Każda kolejna była lepsza od poprzedniej i muszę przyznać,że jeszcze nigdy w życiu tak dobrze się nie bawiłam aż do czasu kiedy Edward nie zaciągnął mnie pod wielką kule zawieszoną na dwóch sprężynach? Nie wiem jak to nazwać,w każdym razie powodowało wystrzelenie kuli w której znajdowały się osoby z krwi i kości w powietrze.Nie ma mowy.
-Oooo nie,nie,nie.Nie ma mowy żebym weszła do tego czegoś. -odparłam cofają się do tyłu.Chłopak jednak uparcie szedł w stronę kuli na dwóch sznurkach.
-Daj spokój.
-Daj spokój?! Chcesz nas zabić? A jak nas wystrzelą nie wiadomo gdzie? A jak sznurki się urwą albo pękną? To co wtedy? Będziemy się bawić w chomiki?! -dramatyzowałam widząc chłopaka szykującego się do wejścia do kuli.




Edward



-No chodź i nie marudź,tysiące osób było przed nami i nic im mnie pękło.-śmiałem się kiedy ona tak uroczo się denerwowała.Ehem...to znaczy ten..nie uroczo tylko fajnie,no.
-Ale nam może pęknąć!-spojrzałem na nią uwodzicielsko poruszają brwiami.Dziewczyna cisnęła we mnie pięścią.Chcą czy nie chcą i tak się zaśmiała.
-Gwarantuje Pani 100 procentowe bezpieczeństwo.-odparł koleś odpowiedzialny za to całe ustrojstwo.
-No nie wiem...
Spojrzałem w jej oczy z podniesionymi brwiami czekając aż się w końcu zdecyduje.Nie musiałem długo czekać.
-Dobra!-minęła mnie wchodzą do kuli.Z uśmiechem na ustach wszedłem za nią.-Ale to ty mnie będziesz miał na sumieniu.
-Jak sobie księżniczka zamarzy.-rzekłem z szerokim uśmiechem podnosząc ręce w geście obronnym.Skarciła mnie wzrokiem siadając na swoim miejscu.Po chwili jakiś facet zapinał ją w specjalne pasy.
-Na pewno Pan mnie dobrze zapiął?-pytała cały czas,ciągła za pasy chcą się upewnić czy dobrze jest przypięta.A ja jak to ja mam w swoich zwyczaju tylko się śmiałem z jej dramatyzowania.Ah te baby.
Owy koleś wyszedł zostawiają nas samych.Dziewczyna kurczowo trzymała się swojego siedzenia.Widzą jej minę oplotłem jej dłoń swoją.
-Hej-drugą ręką uniosłem jej podbródek-Wszystko będzie w porządku,jestem tu z tobą.-patrzyła na mnie zlękniona.Byliśmy blisko siebie.Spojrzałem na jej usta i ogarnęła mnie cholerna ochota by je pocałować.



============================================================

No witam^^

Teraz sobie pewnie myślicie "teraz?! teraz rozdział?! teraz to się w dupsko gryźnij". Wiem,przegięłam pałkę,dałam plamy czy jak się to tam mówi.ALE! Jestem,spoko żyje i chyba wracam :D Tak sobie czytałam wasze komentarze,spojrzałam na wyświetlenia których jest ponad 4O TYSIĘCY (;O) i stwierdziłam,że szkoda było by to zaprzepaścić i skończyć od tak o! Wróciłam,mam nadzieje,że mam do czego a raczej do kogo wracać ;p


Kolejny rozdział pojawi się na dniach i standardowo: dziękuje za komentarze,przepraszam za błędy jeśli jakieś były :p


Jeśli macie jakieś pytania to tutaj --->https://ask.fm/Brownberiessx :)


A! No tak! WESOŁYCH ŚWIAT! <3


Brownberiessx
Tagi: Opowiadanie
26.12.2015 o godz. 23:17

Rose


Osoba którą uważaliście za aroganckiego chama,okazuję się
miła i przyjacielska.Wiecie skąd bierze się to pierwsze przypuszczenie? Widząc mężczyznę z irokezem na głowie,z glanami i z tatuażami na rękach,ludzie wyobrażają go sobie jako seryjnego morderce-bo ubiera się na czarno,bo ma tatuaże.Za dilera narkotyków-bo tak wyczytują z kształtu jego twarzy.Za glany-bo pewnie jak słucha metalu to sieje zgrozę i niszczy wszystko co stanie na jego drodze.W rzeczywistości TEN mężczyzna,który już na pierwszy rzut oka jest u was przekreślony,bo nie ubiera się tak jak wy,w rzeczywistości każdy swój zarobiony grosz przeznacza na sierocińce,szpitale,cele charytatywne.Pomimo tego iż sam w kieszeni ma zaledwie dziesięć dolców odda je bezdomnemu,bo jemu bardziej się przyda.Z kolei po drugiej stronie ulicy idzie mężczyzna,ubrany w garnitur,z teczką w dłoni.Człowiek sukcesu z milionami na koncie.Bogaty chytrus,który co niedziele chodzi do kościoła,swoje pieniądze wydaje na luksusy,na własne wygody.
Nie oceniajmy ludzi patrząc na jedną chwilę z ich życia. Oceńmy ich po tym jak żyją, przez całe życie, co przeszli, czego dokonali i kim byli.


-I co? Mówiłem,że Los Angeles Clippers wygrają? Mówiłem! Jestem jasnowidzem!-mówił brunet z rękami podniesionymi do góry.Szliśmy w kierunku samochodu,kiedy nagle chłopak potknął się o niewielki kamień,prawie się obalając.
-Chyba krótko widzem.-prychnęłam.
-Ej,ej!-pogroził mi swoim wskazującym palcem z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Ty mały gnoju.-powiedział do kamienia po czym mocno kopnął kamień.Zdawało mi się,że nie był przy zdrowym rozsądku.
-Jesteś nienormalny.-zaśmiałam się,widząc jego minę.
-Wolę być nienormalny niż nudy i nijaki.-dodał będą już przy samochodzie.-Proszę Panienkę.-otwarł mi drzwi,gestem dłoni zapraszając mnie do środka.Znowu się zaśmiałam.
Z Edwardem dogadywałam się jak z nikim innym.Z początku mnie zdziwiło,że tak dość szybko znaleźliśmy wspólny język,ale teraz jestem tym faktem bardzo ucieszona.
Chłopak zamknął moje drzwi i zanim się zorientowałam już mknęliśmy po nierównej autostradzie.
-Chyba ktoś tu nie zjadł śniadania.-powiedział Edward,słysząc jak zaburczało mi w brzuchu.Nic dzisiaj nie jadłam,będąc zestresowana dzisiejszym wieczorem.Zawsze kiedy się denerwuje nic nie jem.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć chłopak skręcił do knajpki obok której właśnie przejeżdżaliśmy.
-Ja pójdę zamówić coś do jedzenia,a ty idź zajmij jakieś miejsce,ok?-brunetowi starczyło to,że pokiwałam twierdząco głową i udał się w stronę kasy.Wciągnęłam głęboko powietrze,by po chwili wypuścić je z głębokim świstem.Poprawiłam ramię od torby i kurczowo ją trzymając,zaczęłam rozglądać się za jakimś wolnym miejscem.Zauważyłam jedno wolne miejsce pod oknem.Dwu osobowe.Na myśl,że będę z nim siedzieć sama na sam,bez aprobaty Ali,przeszły mnie ciarki.Usiadłam na jednym z krzeseł,torbę kładąc na ziemi.Rozejrzałam się po pomieszczeniu.Młodzież,dorośli,małżeństwa z dziećmi.I jego rażący uśmiech,kiedy tylko spojrzałam w jego stronę.Odpowiedziałam mu tym samym i wyciągnęłam telefon.Napisałam rodzicom,że wrócę późno i,że mają nie czekać.Komórkę położyłam na stół i oparłam się łokciami o blat.Czułam jego spojrzenie na sobie.Siłą woli starałam się na niego nie spojrzeć,ale w ostateczności przegrałam.Czemu widząc jego uśmiech,sama nie potrafię zapanować nad swoim? Czuję się jak w jakiejś cholernej komedii romantycznej.Niewinne spojrzenia,uśmiechy,wspólny posiłek,a potem co? Dom,drzewko,rodzina? Dobrze,że komedia.
-Zgłupiałeś? Kto to wszystko zje?-spytałam widząc na tacy,trzy big maki,dwie duże porcje frytek,jakieś jeszcze dwa hamburgery i dwie cole.
-No my.-odparł, biorąc do ręki big maka.-Jedz Rose.Jeszcze trochę to zostaną z ciebie same kości.
-Nie przesadzaj.-stwierdziłam i wydmuchując dawkę tlenu z płuc,wzięłam porcję frytek i powoli zaczęłam ją konsumować patrząc w okno.
-Nie przesadzam.Widziałaś się w lustrze?
-No dzięki.-mruknęłam i spojrzałam na niego.Zaczynał już drugiego big maka,raz po raz biorą garść frytek do ust.Gdzie on to wszystko mieści?
-Nie o to mi chodzi.-odparł szybko,pewny swoim słów.-Zamiast rąk,masz patyczki.Ale spokojnie,już ja zadbam o to,żebyś mi się z tłem nie stopiła.-prychnęłam.
-Sama umiem o sobie zadbać.
-Jak widać nie wystarczająco.-rzekł,lustrując mnie swoim wzrokiem.Kiedy na jego twarzy zawitał ten uśmiech,na który lecą wszystkie dziewczyny,frytki które spożywałam stały się nie zwykle interesujące.
-Oj Rose,Rose...



Edward


Długie brązowe,proste włosy delikatnie zawinięte przy końcach.Grzywka delikatnie zasłaniająca oko.Te idealnie wycięte kości policzkowe.Mały zgrabny nos,kruche usta i te oczy.Na pierwszy rzut oka zwykłe brązowe,ale gdy się przyjrzysz ciemny odcień zielonego wymieszany z jasnym brązem.Hipnotyzujące.Jedyne w swoim rodzaju.Jedyna w swoim rodzaju.Matko.Gdzieś ty była przez całe moje życie?


Co ty pierdolisz,człowieku? W myślach uderzyłem się niewidzialną pięścią,w twarz na którą leciała połowa Sun Lakes.Zastanawiałem się nad jakimś dobrym psychiatrą,bo to co się dzieje dzisiaj w mojej głowie jest chore.


Siedziałem oparty o siedzenie z rękami założonymi na brzuchu.Patrzyłem na brunetkę,która jadła ostatnią już frytkę.Ja już zdążyłem wsunąć całą resztę,która była na tacy i tylko siedziałem i napawałem się chwilą,i pięknym obrazem który miałem przed sobą.
-O matko,zaraz pęknę.-odparła,opierając się o swoje siedzenie i poklepała się po swoim i tak za chudym brzuchu.
-Chyba sobie żartujesz.-odparłem patrząc na nią z litością.
-No co?-zbulwersowała się.
-Najadłaś się tą małą paczuszką frytek?-oparłem się na łokciach i nieznacznie pochyliłem się w jej stronę.
-No tak.-odrzekła i pewna siebie spojrzała w moje oczy.Tym razem to ja pierwszy odwróciłem wzrok,kiwając z miłosierdziem głową.Ponownie oparłem się o krzesło wbijając w nią swój wzrok.Ona-o dziwo-nie uciekała wzrokiem,ani nie zrobiła się cała czerwona tylko twardo patrzyła prosto w moje oczy.Miałem wrażenie,że przez tą krótką chwilę poznała mnie całego.Jakież piękne by to było.Spojrzeć w oczy osobie i wszystko o niej wiedzieć.Ale to jest rzeczywistość,a takie rzeczy na tym świecie się nie dzieją.
-A tak właściwie-zacząłem przerywając ciszę panującą między nami-To jak to jest z twoim bratem?
Dziewczyna poprawiła się na krześle i splotła swoje dłonie.Spięła się.
-Ale z którym?-spytałam z twarzą,która nie wyrażała niczego.Wiedziałem,że jej młodszy brat nie żyje,ale jak i kiedy to nie.
-No z Liamem.-odparłem,nie chcą drążyć tamtego tematu.Bądź co bądź,ale rozmowa o śmierci nie jest przyjemna.
-Liam studiuje prawo w Nowym Yorku.-odparła,trochę się uspokajając.
-Prawo?
-Tak.-zmarszczyłem brwi.
-Przecież jest cholernie dobrym koszykarzem.
-Długo nie mógł się zdecydować.Kochał i kocha koszykówkę,ale nie wiedział czy chce to robić przez najbliższe kilkanaście lat.Obawiał się,że dopadnie go jakaś kontuzja,utraci na zdrowiu,wyleją go z klubu i zostanie na ulicy.Mówiliśmy,że nawet jeśli to mu pomożemy,w końcu jesteśmy rodziną.Z początku starał się pogodzić studia,prace i treningi.Było mu ciężko.Później ta kontuzja kolana.Nie mógł grać przez trzy miesiące.Potem zajął się tylko studiami i pracą.Odpuścił sobie koszykówkę.A te bilety...No cóż jest koszykarzem,dużo klubów się nim interesuje.Zna niektórych sławnych koszykarzy,więc wtyki ma.Zawsze lubił mnie rozpieszczać.Czasami aż za bardzo...-zakończyła,odwracając swoją twarzy od okna i patrząc delikatnie.Uśmiechnęła się.-No,a ty?
-Co ja?
-Co chcesz robić w przyszłości? Za chwilę zaczynasz ostatni rok i będziesz musiał się zdecydować.-rzekła.Myślałem chwilę nad tym po czym powiedziałem:
-Rodzice chcą mnie wysłać na najlepszy uniwersytet.Nie jestem geniuszem.Uczę się,bo się uczę,aby tylko skończyć.A oni chcą zrobić ze mnie wieśniaka w garniaku.-zaśmiałem się-Czasami odnoszę wrażenie,że żyją moim życiem,a nie swoim.-urwałem,wzrok zatrzymując za oknem.-Myślałem nad futbolem,ale też nie jestem pewien,czy to na pewno chce robić w przyszłości.-spojrzałem na nią.Słuchała mnie z wyraźnym zaciekawieniem.
-Masz jeszcze czas na to.Nie patrz na to co chcą twoi rodzice.Bo to twoje życie i ty,tylko ty będziesz decydował o tym jaką drogą pójdziesz.To twoja decyzja,twoje życie,twoje wybory.Dopóki masz wybór,masz czas.-powiedziała,głosem przepełnionym pewnością siebie.Uśmiechnąłem się tylko w jej stronę,co odwzajemniła.
-Wiesz co jest śmieszne?-spytałem,pochylając się w jej stronę.
-Co?
-Śmieszne jest to,że w wieku nastoletnim decydujemy o swoim życiu dorosłym.
-Tak...Trochę mnie przeraża to,że już w tam młodym wieku,ludzie muszą podejmować takie decyzje.Albo się stoczysz,albo polecisz w górę.Wszystko zależy od ciebie.

Uśmiechnąłem się.Jeszcze nigdy tak bardzo nie dogadywałem się z żadną dziewczyną oprócz Alison.Ba,jeszcze nigdy nie rozmawiałem na takie tematy z kobietą.Nigdy nie pamiętałem nazwiska,nawet czasami imion kobiety,którą właśnie bzykam.Nie interesowało mnie to i tyle.Liczyła się tylko przyjemność i dobra zabawa.Teraz z Rosalie jest inaczej.Chce ją poznawać krok po kroku.Odkrywać jej charakter,życie,osobowość,wszystko.Kurwa,myślę jak potłuczony.Ale to wszystko powyżej to prawda,lecz ja jestem zbyt głupi,żeby dopuścić do siebie w ogóle tą myśl.
-Muszę iść do toalety,zaraz wracam.-rzekła brunetka i już po chwili zniknęła za drzwiami ubikacji.
Usłyszałem wibrację telefonu.Jej telefonu.Dostała wiadomość.


No,przeczytaj co ci szkodzi,głupi padafianie.
Chcesz się o niej czegoś dowiedzieć,czy nie?
Przeczytaj to!

-Kurwa mać,zamknij się.-skarciłem sam siebie.

No zrób to!

Spojrzałem na drzwi toalety.Zamknięte.

Pośpiesz się,Howard!


Chwyciłem telefon,odblokowałem,a na ekranie zobaczyłem wielki napis "David". Otworzyłem wiadomość: "Hej piękna,widzimy się jutro? xoxo".
Zacisnąłem szczękę,a ręce zamknęły się w pięści.
-Po moim trupie.-i wciskając przycisk "usuń",jakby niby ni odłożyłem telefon na swoje miejsce.



============================================================
Tum dum tum!

Wiem,ZABIJECIE MNIE. 5 MIESIĘCY BEZ ROZDZIAŁU.Jestem pojebana.

No,ale...Wracam i już biorę się za pisanie 19 rozdziału!

Mam nadzieję,że ten tak długo wyczekiwany się wam spodoba! Przepraszam za moją długą nieobecność i błędy jeśli jakieś wystąpiły!

Dziękuje za wszystkie komentarze,ziemniaczki! <3 (ziemniaczki? nevermind)

Brownberiessx

Tagi: Opowiadanie
18.10.2014 o godz. 16:45
Rose


"Znam go,Rose.Znam go całe 16 lat mojego życia.Na wylot.Wiem jaki jest.Robi,myśli,nie żałuje.Wejdzie do twojej głowy,robiąc bałagan i wyjdzie.Bez słowa."

-Co tak cicho siedzisz?
"Robi,myśli,nie żałuje"
-Nic.Tak jakoś...
"Wejdzie do twojej głowy,robiąc bałagan i wyjdzie.Bez słowa."Cały czas po głowie chodziły mi słowa Ali.
-Przecież widzę,że coś jest nie tak.-odparł włączając migacz i zjeżdżając na pobocze.
-Nic takiego.Po prostu...-odparłam wpatrując się w swoje splecione dłonie.-Słyszałam już trochę o tobie.
-Na przykład?-spytał,gasząc samochód.Oparł się o oparcie fotela i patrzył w przednią szybę,słuchając mnie uważnie.
-Ludzie...Mówią o tobie bardzo złe rzeczy i...
-I zastanawiasz się czy to prawda?-odparł zaciskając przez chwilę szczękę.Nie wyglądał na zdenerwowanego.Bawiło go to.Chyba.
-Nie.To znaczy...Wiem jacy są ludzie.Nie znają cię,a wygadują o tobie takie rzeczy o których nie miałeś nigdy bladego pojęcia.
-Źle to ujęłaś.-odparł uśmiechając się do mnie półgębkiem.
-Co?-zmarszczyłam brwi i bacznie go obserwowałam.
-Powiedziałaś "Ludzie mówią o tobie bardzo złe rzeczy".
-No wiem...
-A powinnaś powiedzieć "Zdaniem innych ludzi jesteś zasranym gnojem myślącym tylko o swojej pięknej dupie i w dodatku ćpunem".-odparł patrząc w moje oczy.Nie wiedziałam za bardzo co powiedzieć.-No.Powtórz to.
-Proszę?
-Oh,tak.To zdanie zawiera w sobie brzydkie słowa,a przez te śliczniutkie usteczka nie mogą one przejść.-zadrwił ze mnie.Zmierzyłam go wzrokiem i biorąc głęboki wdech zaczęłam:
-Zdaniem innych ludzi...
-Tak?-rzekł patrząc na mnie z rozbawieniem.Nienawidzę go.
-Zdaniem innych ludzi jesteś zasranym gnojem myślącym tylko o swojej pięknej dupie i w dodatku ćpunem.-skończyłam,a chłopak spoważniał.
-Widzisz...Gówno mnie obchodzi zdanie innych ludzi.-powiedział,z powrotem włączając się do ruchu.Nic już nie mówiąc wlepiłam wzrok w szybę.


***


Staliśmy na parkingu,przed Staples Center,obserwując masę ludzi,ustawionych w kilometrowych kolejkach.W myślach dziękowałam Liamowi,że nasze miejsca znajdowały się w sekcji dla vipów,inaczej musielibyśmy czekać kilka godzin,pośród tego tłumu ludzi przepychających się nawzajem.Za ciekawie by nie było.
Edward odpiął pas i wyciągając kluczyk ze stacyjki,wyszedł z samochodu.Zrobiłam to samo patrząc jak chłopak okrąża samochód i podchodzi do mnie powolnym krokiem,kiedy ja już nie mogłam wytrzymać z podniecenia.Na ostatnim meczu byłam może z rok temu,jeszcze kiedy Liam grał w zespole.Później mnie już to tak nie ciekawiło,ale teraz,widząc te tłumy ludzi krzyczących na siebie to czyja drużyna wygra,wyzywając siebie,gdzieś tam na boku bijąca się para mężczyzn po czterdziestce,wszystkie wspomnienia meczy powróciły.Brzmi to może dramatycznie,ale dla tych którzy interesują się koszykówką to coś pięknego.
-Nie wyglądasz na podnieconego.-powiedziałam uśmiechając się szeroko.Tryskałam radością na wszelkie strony świata,kiedy on stał tak normalnie,bez entuzjazmu.
-Nie użyłbym takiego określenia.-zaśmiał się wkładając dłonie do kieszeni spodni,zostawiając mnie za sobą w tyle.
-W sensie?-spytałam doganiając go.
-No wiesz...Ja się podniecam jak cię widzę,a nie na jakiś mecz.-odparł,patrząc na mnie przez ramię i uśmiechając się w TEN sposób.Spłonęłam rumieńcem,spuszczając głowę na dół,nie wiedząc co zrobić.
-Jesteś głupi-odparłam w końcu się odzywając.-Poza tym to nie JAKIŚ tam mecz,tylko...
-Los Angeles Clippers przeciw drużynie Oklahoma City Thunder.Clippersi rozpierdolą ich nawet z palcem w dupie.-zadrwił i zatrzymał się.Stanęłam przed nim,zadzierając wysoko głowę.
-Nie rzucaj słów na wiatr.Obydwie drużyny mają wyrównane szanse.Nigdy nie czułeś tej adrenaliny? Tej radości kiedy drużyna,którą obstawisz trafi do kosza? I w ogóle to wszystko...Takie magiczne.
-A wiesz co? Ja już w magię nie wierze,nie wiem jak ty,dziecinko.-odparł patrząc na mnie z góry tym swoim głupkowatym uśmiechem.
-Wiesz co...-zmrużyłam oczy-Wyjdź mi stąd.-popchnęłam go w tył,zaciskając wargi w wąską linię.
-Ho,ho,ho.Zaraz dostanę łomot.Ale się boje! Pomocy pobije mnie mała,bezbronna desperatka!-zaczął krzyczeć na cały regulator,zwracają na siebie uwagę niektórych osób.Widząc ich spojrzenia,złapałam go za dłoń i pociągnęłam w stronę kas.
-Nie jestem desperatką!-stanęłam przed nim w kolejce i ze złością wymalowaną na twarzy,odwróciłam się uderzając swoimi długimi włosami w jego korpus.
-Ależ skądże.-zadrwił.Już miałam mu coś powiedzieć,ale chłopak popchnął mnie w kierunku kasy.Była już nasza kolej.
-Bilety.-rzekł gruby,męski głos siedzący za ladą.
-Tak,już.-odparłam i zaczęłam przeszukiwać swoją torbę.Po chwili wyciągnęłam z niej dwa,troszkę pogniecione bilety.Tęgi mężczyzna zabrał je ode mnie i zaczął mi się bacznie przyglądać.Kiedy zaczęło mnie to już odrobinę irytować,poczułam jak dłoń Edwarda,oplata moją.Chłopak splótł ze sobą nasze palce i przyciągnął mnie bliżej siebie.Szczękę miał zaciśniętą,a oczy bacznie wpatrzone w faceta za ladą.
-Czy...Czy ty przypadkiem nie jesteś siostrą Liama? Rose,tak?-spytał,a ja zbytnio nie wiedząc co zrobić,tylko przytaknęłam delikatnie głową.Nie znałam tego człowieka.
-Jakiś problem?-zapytał brunet,mocno ściskając moją dłoń.Jego ton głosu mówił sam za siebie i nawet ja sama trochę się go wystraszyłam.Był stanowczy.Za stanowczy.
-Hej,stary! Spokojnie,tylko pytam.-mężczyzna uniósł ręce w geście obronnym,uśmiechając się głupkowato.Spojrzał na mnie i dokończył.-Twój brat do mnie dzwonił i mówił,że mam mieć na ciebie oko w razie czego.Wiesz jacy ludzie się tu pałętają.Ale widzę,że moja pomoc nie będzie tutaj potrzebna.-odparł,przy ostatnim zdaniu patrząc porozumiewawczo na Edwarda,który rozluźnił uścisk naszych dłoni.-Dobra,nie trzymam was już dłużej.-sprawdził bilety i wysunął je na ladę.Zabrałam je,uśmiechając się nieśmiało.-Do zobaczenia i życzę miłego widowiska.-dodał uśmiechając się półgębkiem.Nawet nie zdążyłam mu podziękować,bo brunet ciągnął mnie w kierunku trybun.
-Co to było?-spytałam oszołomiona.Jednak odpowiedzi nie otrzymałam.Szliśmy już dłuższy czas,aż w końcu doszliśmy do naszej sekcji.Edward zajął miejsce,a ja tuż obok niego.
-Odpowiesz mi?-zapytałam jeszcze raz,chcąc uzyskać odpowiedź.Muszę się dowiedzieć co mu odbiło.
Brunet spojrzał na mnie,ale inaczej niż zwykle.
-Jeżeli nie potrafisz zrozumieć mojego milczenia nigdy nie zrozumiesz mnie.-i po raz kolejny dzisiejszego dnia mnie zaskoczył.



============================================================

Bum,tssy! Kolejny rozdział

Rozdział 17 króciutki,ale chciałam zakończyć właśnie na tym momencie na którym zakończyłam.

18 rozdział jak mi się uda napisać,dodam na przyszły tydzień! W rewanż za to,że ten rozdział jest taki krótki.

Z góry dziękuje za wszystkie komentarze i sorki za błędy jeśli jakieś wystąpiły :)


Wg postanowiłam,że nie będzie już tego 10 komentarzy=nn!,bo i tak nawet gdy jest te dziesięć komentarzy to i tak nie pojawia się następny rozdział.Także ten...no.


Kochać to także umieć się roz­stać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zap­rzecze­niem egoiz­mu, za­bor­czości, jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew własnemu.


Brownberiessx
Tagi: opowiadanie
26.05.2014 o godz. 19:13
Rose


-...i wtedy on...-przysłuchiwałam się jakże interesującym historią o rodzinie Davida.Miałam już po uszy słuchania opowiadań o tym jak to ciotka Linda pomyliła swoje dziecko na ulicy, i w rzeczy samej zabrała obcego dzieciaka do domu,czy o fascynującej kolekcji paznokci zbieranych przez wujka Trevor'a do słoika po dżemie.Przez cały wieczór powiedziałam może z 2 słowa i kiedy tylko chłopak opowiadał jakąś śmieszną historię byłam zmuszona do wymuszenia śmiechu.Na całe szczęście chłopak nic nie podejrzewał i dalej z fascynacją wypisaną w oczach opowiadał dzieje swych krewnych.
Noc była pochmurna,jednak piękna jak zawsze.Tuzin gwiazd oświecających ziemie,przykuwał moją uwagę od samego wyjścia z domu do teraz.Domy,drzewa,gwiazdy,ziemia to rzeczy na których zawieszałam oko przez cały wieczór,będąc znudzona opowiadaniami blondyna.
-Co się tak cieszy ?-spytał widząc na mojej twarzy uśmiech,który w tym momencie nie był odpowiedni do sytuacji.Chłopak opowiadał mi właśnie o tym jak jego babci zgubił się kot,a biedna staruszka rozpaczała na nim całymi dniami.Później w rzeczy samej,okazało się,że kobieta zamknęła kota w piwnicy i najwyraźniej zapomniała,że go tam zostawiła.No cóż...starość nie radość.Jednak to nie z tego się śmiałam.Przypomniało mi się jak zeszłej nocy przyśnił mi się Edward.W tym śnie byłam również ja...I co najdziwniejsze sen nie przedstawiał tego co jest teraz pomiędzy nami,czyli krótka wymiana zdań i nieliczne spojrzenia.Byliśmy tam my.Razem.Trzymający się za rękę i spacerujący po parku.Niekiedy chłopak stawał w miejscu i nachylał się nade mną delikatnie muskając moje usta.Śmiałam się ze sztuczności tego snu.Był nierealny,niemożliwy.
-Nic,nic...Kontynuuj.-odparłam uśmiechając się w stronę chłopaka.Blondyn kontynuował,a ja z powrotem mogłam przyglądać się gwiazdom i otaczającemu mnie światu.Czasami mam wrażenie,że te malutkie,świecące punkciki na niebie to nasi bliscy.Bliscy którzy już dawno nas opuścili,jednak jednocześnie z nami są i patrzą na nas z góry.
Moje obserwowanie świata przerwał cichy,ale dla mnie dobrze słyszalny śmiech blondyna.Czyżbym opuściła jakąś śmieszną historię rodziny Carterów ? Ups...
Śmiał się jak świnka.Mała,różowa,słodka świnka.
"Chwila,Rose...Cofnij.Śmiał się jak dorodna,opasła maciora." pomyślałam słysząc jego coraz to głośniejszy śmiech,raz po raz przypominający chrumkanie świni.Chłopak spojrzał na mnie ze łzami w oczach (najwyraźniej wywołane przez jego śmiech). Przymrużyłam oczy i patrzyłam na niego jak na idiotę.Obserwował moją nietęgą twarz-która w tej chwili nie wyrażała zupełnie nic-ewidentnie szukając mojej reakcji na to co ona tam powiedział.Cokolwiek by to było.
"Myśl,Rose ! Jeszcze pomyśli,że go nie słuchałaś !"
Nie wiele myśląc zaczęłam się brechtać jak głupia.Już po chwili dołączył do mnie chłopak."Było blisko.Brawo,Rose."
-Tak dobrze się z tobą bawię,że nawet nie zauważyłem,że jesteśmy już pod twoim domem.-rzekł,chowając dłonie do kieszeni spodni.Raz po raz się podśmiechiwał,widocznie jeszcze rozbawiony tym co tam powiedział.
-Tak...Dzięki za dzisiejszy wieczór.-uśmiechnęłam się do niego i mówiąc krótkie "do zobaczenia" skierowałam się do domu.
-Zaczekaj.Kiedy się zobaczymy? Piątek? Sobota?-spytał z nadzieją w głosie.Wciąż stoją tyłem do niego zacisnęłam mocno oczy i wypuściłam powietrze z ust.
-Um...W ten weekend nie mogę,jestem zajęta.-odwróciłam się do niego i napotkałam jego twarz.Blisko.Zbyt blisko mnie.
-Do zobaczenia.-wyrecytowałam jak katarynka piskliwym głosikiem.Doskonale wiedziałam do czego zmierzał.Blondyn mówił do mnie coś jeszcze,ale nie słuchałam go i czym prędzej zamknęłam za sobą drzwi domu.



***



Trzydziesty pierwszy maj.Godzina punktualnie 10:15.Grupki uczniów rozmawiających na wszelakie tematy,dziewczyny obgadujące nową bluzkę matematyczki,Futboliści planujący swój sobotni mecz piłki.Pary,naukowcy,osoby uzależnione od alkoholu i innych używek.Jako obraz szkolnego korytarza w Sun Lakes.



-Nie chodzi mi o to,że go nie lubię czy coś.-odparłam,otwierając szafkę do której włożyłam książki.-Lubię go i to bardzo,ale nie pasujemy do siebie.I jedyne co mogę mu zaproponować to zwykła przyjaźń.Nic więcej.
-Ugh...Twoje gadanie.-westchnęła wywracając oczami.-On jest dla ciebie idealny!Doskonale się dogadujecie.Więc w czym problem? Nie chcę,żeby moja przyjaciółka w wielu czterdziestu lat została sama.Sama jak palec,bez życiowego partnera.-tutaj pokazała swój wskazujący palec,pierwszorzędnie akcentując ostanie zdanie.
-Proszę cię,Ali.-westchnęłam.-David jest miły,uprzejmy,ale do idealności mu dużo brakuje.Z resztką jak każdemu z nas.Nic do niego nie czuję.A poza tym prędzej czy później spotkam się z tym jedynym.Jak na razie nie potrzebuję nikogo takiego.Nie chcę się też angażować w coś,w co wiem,że nie miało by żadnego sensu.
-Dobra,przepraszam cię.Chyba czasami za bardzo ingeruję w twoje życie.-uśmiechnęłam się do niej,wiedząc że zrozumiała to co chciałam jej przekazać.-Chce,żebyś była szczęśliwa,Rose.
-Nawet bez chłopaka,czy jakiegokolwiek adoratora jestem szczęśliwa,Ali.Mam dom,rodzinę,rewelacyjną przyjaciółkę czego chcieć więcej ?-oh,dużo rzeczy.
-Mężczyzny.-mruknęła nadgorliwie przy tym kaszląc.Pokiwała głową i wzruszyła ramionami na znak,że nic nie wie.Zaśmiałam się i biorąc ją pod rękę,udałyśmy się do sali na kolejne kilkanaście minut męczarni.



***


-Rose!-odwróciłam się chcąc zobaczyć kto przez ostatnie kilka sekund wręcz natarczywie woła moje imię,jednak nie zauważyłam żadnej żywej duszy.Chciałam tylko w spokoju dotrzeć do domu po wyczerpującym dniu w szkole,czy ja tak dużo wymagam?
-Rose...-czując czyjąś rękę na swoim ramieniu zakryłam swoje usta dłonią chcąc stłumić w nich swój krzyk.Serce podskoczyło mi do gardła niemalże z niego wyskakując.Płuca stanęły w bezruchu zaraz po tym jak łapczywie wciągnęłam do nich tlen.
-Hej,to tylko ja.-odparł w uspakajających geście,delikatnie się uśmiechając.Minęła minuta,dwie...Nic.
-Żyjesz?-spytał z troską słyszalną w głosie(co do niego nie podobne),wciąż trzymając dłoń na moim ramieniu.I dopiero wtedy oprzytomniałam.Z wielkim westchnięciem wypuściłam powietrze,której nadal kumulowało się w moich płucach.Odsłoniłam rękę z ust i wzrokiem pełnym frustracji spojrzałam na osobę przez którą nieomal stanęło mi serce.
-Boże...Chcesz,żebym zawału dostała?
-Wystarczy Edward.-rzekł i uśmiechnął się w ten swój cwaniacki sposób.Widzą to,ścisnęłam usta w wąską linię i z nagłym przypływem odwagi,uderzyłam go w ramię.Chłopak zaśmiał się nie spuszczając ze mnie swojego badawczego wzroku.
-Chodź.Podwiozę Cię.-mruknął.Nawet nie zdążyłam zaprotestować,bo chłopak złapawszy mnie za łokieć pociągnął mnie w stronę swojego samochodu.
-Od kiedy ty taki adekwatny się zrobiłeś?-spytałam zdziwiona jego propozycją.Był człowiekiem raczej nie przejmującym się innymi.
-Chęć pomocy bliźniemu,skarbie.-odrzekł puszczając do mnie oczko.Na moich rękach pojawiła się gęsia skórka słysząc sposób w jakim mnie nazwał.Otworzył drzwi samochodu i już po chwili siedział za kierownicą.Stałam tak jeszcze chwilę z dłonią na klamce,zastanawiając się czy to aby na pewno dobry pomysł.Jednak nim dokładnie zdążyłam to przeanalizować chłopak otworzył mi drzwi z drugiej strony,mruczą niewyraźne "wsiadaj". Już po sekundzie oglądałam świat za przedniej szyby samochodu.
-Nie ukrywam to trochę dziwne.-oznajmiłam,sadowiąc się wygodnie na siedzeniu pasażera.Brunet zmarszczył brwi i cicho się zaśmiał.
-Dziwne jest to,że chcę cię podwieźć do domu?-spytał z mniemy rozbawieniem wkładając kluczyk do stacyjki.
-Nie.-zaprotestowałam,patrząc na twarz chłopaka nie za bardzo wiedząc czy kontynuować.-Dziwne jest to,że jeszcze trzy miesiące temu mnie nie zauważałeś.A teraz? Nagle taka zmiana?-przemogłam się.Chłopak spojrzał w moje oczy,głęboko nad czymś myśląc.Przez chwilę był zbyt poważny i nawet wystraszyłam się nieco sądząc,że wypaliłam coś głupiego.Chociaż sama nie wiem co jest złego w tym co powiedziałam.Jednak to Edward.Z nim nigdy nic nie wiadomo.Chłopak uśmiechnął się i delikatnie zagryzł zębami swoją dolną wargę.
-Najwyraźniej nie wiesz jeszcze o mnie wszystkiego.-mruknął szukając czegoś po schowkach.Zamarłam,a moje źrenice powiększył się do rozmiarów XXL,kiedy chłopak pochylił się nade mną,niemal kładąc się na moich kolanach.Otworzył schowek i wyciągnął z niego paczkę papierosów.Przyglądałam się jego mięśniom ramion,kurczących się pod wpływem każdego jego ruchu.Widziałam jego doskonale zarysowane rysy twarzy,szerokie barki i włosy,które strasznie uroczo stały we wszystkie strony świata.Mocny dreszcz przebiegł mnie od stóp,aż po sam czubek głowy.
Brązowooki powrócił na swoje miejsce,otwierając paczkę i wyciągając z niej jednego papierosa.Włożył dłoń do kieszeni spodni,by po chwili wyciągnąć z niej czerwoną zapalniczkę.Wsadził truciznę do ust i pociągnął za spust czerwonego przedmiotu.Od razu w nozdrzach poczułam ten nieprzyjemny,ostry zapach.
-W sumie...-rzekł ewidentnie nawiązując do naszej rozmowy sprzed chwili.-to mógłbym powiedzieć podobnie o tobie.-zaciągnął się i przy wypuszczaniu dymu z ust zrobił kilka kółeczek.
-To znaczy?
-Jeszcze kilka tygodni...Chwila.Dni na mój widok bladłaś jak ściana lub przybierałaś odcień pomidora.A teraz?-stwierdził ponownie zaciągając się papierosem.Nie patrzył na mnie.Cały czas wciągał papierosa jakby świata poza nim nie widział.A może nie widział? Może podobnie jak ja przechodził w stan,gdzie nigdzie nikogo nie ma,gdzie jest aby on i jego marzenia? Pokręciłam głową.Tak.To był zbyt oklepany sąd.Ma idealne życie (tak przynajmniej myślę). Więc dlaczego miały w swoim umyśle wymyślać inny świat skoro taki ma na co dzień?-Teraz zachowujesz się jak nie ty.Nie płoszysz się,a wręcz przeciwnie.-dokończył w końcu na mnie patrząc.
-Najwyraźniej nie wiesz jeszcze o mnie wszystkiego.-zacytowałam jego słowa obserwując jego reakcję.Uśmiechnął się delikatnie kręcąc głową.Otworzył szybę i ostatni raz zaciągając się papierosem wyrzucił niedopałek na ziemię.Zaciągnął hamulec ręczny i przekręcając kluczki wcisnął sprzęgło ruszając.Kiedy brunet przekroczył już ponad 100km/h zorientowałam się,że nie mam zapiętych pasów.Z determinacją chwyciłam za pas i z prędkością światła go zapięłam.Kiedy upewniałam się,czy na pewno dobrze je zapięłam,usłyszałam donośny chichot ze strony Howarda.
-Z czego się śmiejesz?-spytałam marszcząc brwi.
-Z ciebie.-odparł.Odwrócił głowę od drogi i spojrzał na mnie z uśmiechem na ustach.Widząc to sama się zaśmiałam.
-A co jest we mnie takiego śmiesznego?
-Zapinałaś te pasy z taki strachem w oczach jakbyś ducha zobaczyła.-westchnęłam.Faktycznie,może trochę przesadzałam,ale bezpieczeństwo jest najważniejsze.-I ręce Ci się trzęsły jak galareta.
-Nie prawda!-zaprotestowałam niczym małe dziecko.
-Cokolwiek powiesz,kochanie.-dreszcz przeszył mnie na dźwięk ostatniego wyrazu jaki wypowiedział.-Ze mną jesteś bezpieczna.
-Możliwe.Ale wolę jednak się upewnić i w razie czego zapiąć pasy.-rzekłam pewna siebie.Spojrzałam na niego i dopiero teraz,kiedy już byliśmy na ulicy na której mieszkałam,zorientowałam się,że chłopak nie ma zapiętych pasów,a prędkość przekraczała już 130km/h.Westchnęłam.
-Cokolwiek powiesz,kochanie.-powtórzył z zadowoleniem wypisanym na twarzy.Oparłam głowę o zimną szybę i wpatrywałam się na obraz za nią dopóki mocne szarpnięcie,oznaczające hamowanie nie wybudziło mnie z transu.
-Jesteśmy.-rzekł gasząc samochód.Głowę oparł na zagłówek,a gdy już miałam zamiar otworzyć drzwi przerwał mi jego chrypliwy głos.
-Słuchaj...Jeśli chodzi o ten mecz.To nadal aktualne?-zapytał patrząc głęboko w moje oczy,prawą dłonią pocierając swój kark.Uśmiechnęłam się lekko i pokiwałam głową.
-Oczywiście.
Nic już nie odpowiedział tylko pokiwał głową ze zrozumieniem,odwzajemniając mój uśmiech.Miałam wrażenie,że z każdą chwilą dzieli nas coraz to mniejsza odległość.To nie wrażenie.Tak było.Jego oczy świrowały mi niemal dziurę w głowie.Puls znacznie się zwiększyć,a przechodzące co chwilę dreszcze nie miały końca.
-Do zobaczenia...-szepnęłam będąc już zaledwie 3-4 centymetry od niego.-Dzięki...
Chłopak nie był zszokowany.Wydawało by się,że wie że tak się stanie.Pociągnęłam za klamkę drzwi,które już po chwili się otworzyły.Miałam zamiar wysiadać,ale coś we mnie drgnęło.Wróciłam.Chłopak nie zmienił swojej pozycji nawet o milimetr.I znów utonęłam w jego oczach.Można by było się w nich zgubić.
Chwyciłam jego twarz w dłonie,kciukami delikatnie masując jego skórę.Czułam jak drgnął,ale nie dał tego po sobie poznać.Nachyliłam się jeszcze bardziej i przykładając subtelnie usta do jego policzka delikatnie je musnęłam.Trwało to chwilę,ale pozbawiło mnie jakichkolwiek myśli.
-Dobranoc...-szepnęłam.Zamknęłam powieki i jeszcze przez jakiś czas trzymałam jego twarz w swoich dłoniach,będąc od niego w odległości może jednego centymetra.
-Dobranoc.-odszepnął i pomimo tego iż moje powieki nadal były zamknięte doskonale wiedziałam,że się uśmiecha.



***



-Rosalie.
-Tak?
-Chodź tutaj na minutę.
Weszłam do salonu napotykając wzrok ojca siedzącego na fotelu z gazetą w dłoni i kawą na stoliku obok.Trzymając buty w dłonią weszłam w głąb pomieszczenia i usiadłam na kanapie wyczekująco wpatrując się w ojca.Williamowi najwyraźniej niezbyt się śpieszyło i powolnymi ruchami odłożył gazetę na drewniany stolik.Zanim jeszcze zaczął wziął łyka kawy i wygodnie rozsiadając się na fotelu zaczął.
-Zmieniałaś się.-spojrzałam na niego pytająca nie bardzo wiedząc co ma na myśli.-Na dobre,oczywiście.Częściej się uśmiechasz.Niech zgadnę.Powodem tego jest ten chłopak,który Cię podwiózł?
-Tato...-westchnęłam ciężko patrząc w oczy rodzica nieco skrępowana.
-Jak mu tam? Edward Howard?-spytał zupełnie nie zważając uwagi na moje zniesmaczenie tą sytuacją.Sama dokładnie nie wiedziałam co jest pomiędzy mną,a Edwardem.-Wygląda na mądrego chłopaka.
-Tato,przestań.To tylko mój znajomy ze szkoły,który zaproponował mi podwózkę.Chciał być miły.Tyle.-odparłam.Ojciec spojrzał na mnie i cicho zaśmiał splątują przed sobą dłonie.
-Dobrze...Ale pamiętaj.Miłość sama przyjdzie z czasem,niezależnie od tego czy będziesz chciała,aby w tym właśnie momencie wkroczyła w twoje życie.
-Cokolwiek.-rzekłam zagryzając dolną wargę.Myśląc,że rodziciel zakończył rozmowę wstałam kierując się w stronę wyjścia z pomieszczenia.Jednak William nie uważał tej rozmowy za skończoną i kiedy stanęłam w progu drzwi odezwał się swoim donośnym głosem.
-Jeszcze jedno.-spojrzałam na niego odwracając się.-Nie miej matce za złe tego co powiedziała.Pomimo tego iż minęły trzy lata,ona nadal cierpi...
-Nie mam jej tego za złe.Ale...sądzę,że powinna się już z tym pogodzić i nie przywoływać w pamięci tego co było w przeszłości,bo może ominąć ją coś,co dzieje się właśnie teraz.W tym momencie.Wiem co czuje.Każdy z nas to przeżył.Jest jej ciężko,wiem.Ale pomimo tego niech spojrzy na teraźniejszość,bo zanim się zorientuje ja i Liam będziemy zakładać rodziny,a ona nawet nie spostrzeże tego,kiedy to się stało.My też jesteśmy jej dziećmi.Też jej potrzebujemy.I ty również-zakończyłam.Ojciec pokiwał tylko głową i nie dodając już nic zabrał gazetę ze stolika wczytując się w nią uważnie.Rozmowę mogłam uznać za zakończoną.
Wychodząc z pokoju dostrzegłam sylwetkę rodzicielki w pośpiechu wchodzącą do kuchni.Czyżby wszystko słyszała ?



***

"Są takie rzeczy, których nie chcesz robić, przysięgasz, że ich nie zrobisz, zabraniasz sobie, a potem to nagle dzieje się samo. Nie da się ich nawet przeanalizować, nie podlegają procesom myśleniowym: dzieją się i już, pozostaje tylko patrzeć na siebie ze zdziwieniem i zapewniać, że nie ma w tym twojej winy, po prostu samo się stało."
-Metro 2033, Dmitrij Głuchowski.
Tyle w tym prawdy i wdzięku.Z resztą nie tylko w tym fragmencie.Całe uniwersum Metra jest niesamowite.Książka,zbiór kartek z jakimiś wydrukami,a potrafią nas tyle nauczyć,możemy z nich tyle wywnioskować.Z resztą nie tylko z książek Głuchowskiego.Jest też wiele inny wspaniałych powieści i autorów które warto obdarować szacunkiem i podziwem.
-Możemy porozmawiać?-usłyszałam głos od strony drzwi w których stała kobieta.Więc musiała słyszeć moją rozmowę z ojcem.
-Jasne.-mruknęłam i odkładając egzemplarz "Metra 2033" na stolik obok łóżka,usiadłam wygodnie po turecku czekając na dalszy rozwój tej sytuacji.Rodzicielka po cichu zamknęła drzwi i usiadła na brzegu mojego legowiska.Była nieobecna.Wzrok miała utkwiony w jednym punkcje,a dłonie złączone przez sobą tak mocno,że aż pobielały jej knykcie.
-Przepraszam...-wyszeptała.-Jestem złą matką.Powinnam was w tedy wspierać,a ja co robiłam? Oddalałam się od was,z roku na rok coraz dalej.Nie byłam przy was,kiedy mnie potrzebowaliście...I masz rację nie powinnam żyć przeszłością,bo może mnie ominąć to co jest teraz.Co ja gadam...I tak mnie dużo ominęło...Trzy lata życia twojego i Liama.Tyle przegapiłam.Ile razy was zawiodłam.Nie było mnie wtedy,kiedy potrzebowaliście matczynej troski.Musieliście się sami uporać z problemami,ze śmiercią Jacoba...I zdołaliście z tego wyjść,a ja nadal nie...
-Mamo...-wybełkotałam widząc w jej oczach łzy.Nie mogąc już dłużej patrząc wzięłam ją w swoje ramiona,a ona wtuliła się we mnie jak małe dziecko we swojego misia.-Nie jesteś złą matką.Jesteś najlepszą matką na świecie i nie oddałam bym Cię za wszelką cenę świata.Ja też Ciebie przepraszam.Powinnam przynajmniej próbować Cię zrozumieć.Pomóc...Przepraszam,zbyt dynamicznie na to wszystko zareagowałam.
-Nie przepraszaj,bo nie masz za co.To ja ciebie powinnam przepraszać za te wszystkie lata niemalże bez matki.-wyszlochała.
-Nie mów tak.Jesteś wspaniałą matką i jestem pewna,że gdyby była taka potrzeba oddałabyś za nas życie.
-Przepraszam...-wybełkotała.
-Ja ciebie też,mamo.-rzekłam jeszcze mocniej tuląc jej ciało do siebie.


-Dobra,dosyć już tego mazgajenia się-powiedziała odrywając się ode mnie,wierzchem dłoni wycierając słone łzy.-Co to był za chłopak,który Cię dzisiaj podwiózł?
-Nie do wiary!-wyrzuciłam ręce w powietrze.-Obydwoje nas podglądaliście?!
-Od razu,że podglądaliśmy.Po prostu jesteśmy ciekawi z kim zadaje się nasz córka.-rzekła uśmiechając się.Z jej miny mogłam wywnioskować,że nie odpuści.Nie myliłam się.-Więc?Powiesz mi?
-Mamo...To tylko kolega ze szkoły,tyle.-odparłam patrząc w jej roześmiane oczy.Kochałam kiedy taka była.Wesoła,radosna z tym wielkim uśmiechem na ustach,którego tak kochałam.Tak bardzo za tym tęskniłam.
-Uważaj,ja mówiłam to samo o twoim ojcu jak się poznaliśmy.I widzisz jak to się skończyło.-zaśmiałam się.
-To tylko i wyłącznie kolega,na prawdę...-dalej brnęłam w swoją rację,jednak kobieta nie dała się na to nabrać.Patrzyłyśmy na siebie tak długo dopóki moje policzki przybrały odcieniu pomidora,a to tylko dlatego,bo przypomniałam sobie jego dotyk,ciepły uśmiech i te urocze spojrzenia czekoladowych oczu śledzących każdy mój ruch.
-Widzisz? Rumienisz się.Czyli jednak on coś dla ciebie znaczy.-powiedziała delikatnie się uśmiechając.Gdy w myślach szukałam jakiegoś dobrego zaprzeczenia,kobieta wstała z łóżka i podeszła do drzwi otwierając je.-I pamiętaj...Już nie długo przyj­dzie czas,że ktoś lub coś zmu­si cię,abyś ot­worzyła swo­je ser­ce i po­kochała.Wszys­tko przyj­dzie z cza­sem i zdobędziesz to co po­win­no być twoje.-rzekła subtelnie się do mnie uśmiechając.Kiedy miała już wychodzić zatrzymałam ją jeszcze na moment.
-Mamo
-Tak?
-Kocham Cię.
-Ja ciebie też kocham i zawsze będę.-odparła patrząc na mnie matczynym wzrokiem pełnym troski i miłości.-Dobranoc,Rosalie.
I mówiąc jej krótkie "Dobranoc" rodzicielka wyszła z mojego pokoju zostawiając mnie samą z moimi myślami.W głowie plątały mi się wypowiedzi moich rodziców i za nic w świecie nie mogłam się ich pozbyć.


Dobrze...Ale pamiętaj.Miłość sama przyjdzie z czasem,niezależnie od tego czy będziesz chciała,aby w tym właśnie momencie wkroczyła w twoje życie.


I pamiętaj...Już nie długo przyj­dzie czas,że ktoś lub coś zmu­si cię,abyś ot­worzyła swo­je ser­ce i po­kochała.Wszys­tko przyj­dzie z cza­sem i zdobędziesz to co po­win­no być twoje.




============================================================


Hej! Bum! 16 rozdział!

Mam nadzieję,że wam się spodoba,chociażby troszkę.Odrobinę. ;D

Dziękuje wszystkim za te komentarze pod 15 :) I przepraszam za błędy jeśli jakieś wystąpiły.


10 komentarzy=17 rozdział!


Brownberiessx




Tagi: opowiadanie
05.02.2014 o godz. 21:58



Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe,uzależnia. Być tam gdzie się nie jest,mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie?










Tagi: Wpisy
20.12.2013 o godz. 22:25
Rose


Jedna chwila.Ułamek sekund.Głośny pisk hamującego samochodu.Bezbronne ciało bezwładnie opadające na twarde podłoże.Krzyk.Skomlenie.Ból.Łzy bezwiednie spływające po bladych,sinych policzkach...

Z bezbarwną cieczą beztrosko spływającymi,niczym krople deszczu po szybkie,wstałam niemal potykając się o własne nogi.Szeroki uśmiech na twarzy 4 latka.Jego niemal że turkusowe oczy błyszczące jak gwiazdy ciemną nocą.Cichy szept...Cały czas miałam go przed oczami.Każdej nocy słyszałam jego szept,ale za nic w świecie nie mogłam zrozumieć co mówi...Dziwne,jednak prawdziwe.Coraz częściej mam koszmary.Przeróżne.Rozpoczynając od goniącej mnie lodówki,do Jacoba.Może się to wydawać śmieszne,ale mam wrażenia,że chce mi coś powiedzieć.Coś ważnego...Czy to przypadek,że dzień w dzień budzę się cała zalana potem,wciąż mając przed oczyma twarz chłopca?
Godzina punktualnie 07:00.Myśl o kolejnych sześciu godzinach w szkole,przytłoczyła mnie jeszcze bardziej.


Edward


Otworzyłem powieki i zauważyłem jasno fioletowe ściany z jakimiś gównianymi wzorkami.To nie jest mój pokój.Kurwa.To nie MÓJ pokój!


Chwile zastanawiałem się co ja tu właściwie robię,kiedy nagle poczułem czyjąś rękę obejmująca mój tors.Okręciłem głowę w prawo i pierwsze co zobaczyłem to górę czarnych loków.Cholera.Muszę z tond spieprzyć zanim się obudzi.


Delikatnie zsunąłem z siebie ciało dziewczyny,tak,aby jej nie obudzić.Cicho jęknęła,ale nic poza tym.W błyskawicznym tempie ubrałem bokserki i całą resztę ubrań,które były porozrzucane po cały pokoju.Po cichu otworzyłem okno i będąc już za nimi,ujrzałem siedzącą na łóżku dziewczynę.
-Dzięki za noc,kotku.-rzekłem puszczając jej oczko,uśmiechając się przy tym tryumfalnie.Dziewczyna otworzyła szeroko usta ze zdziwienia i zawinąwszy się w białe prześcieradło,wstała idąc ku mojej osobie.Cicho się zaśmiałem słysząc jej głośne klnięcie.Sprytnie złapałem się rynny i zręcznie po niej zjechałem.Ma się tę wprawę.Prychnąłem.Z kieszeni spodni wyciągnąłem fajkę i zapaliwszy ją udałem się w stronę przystanku.
-Ty pierdolony gnoju!-krzyknęła czarno włosa.Nie obdarowawszy jej ani jednym spojrzeniem,szedłem dalej raz po raz zaciągając się jointem z usatysfakcjonowanym uśmieszkiem.




Rose


Siedziałam na trybunach,zamglonymi oczami oglądając trening futbolowy.W ręce trzymałam telefon z otwartą wiadomością od Davida o treści: " Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru.Tęsknie.xoxo." W ostatnim czasie dużo się zmieniło.Każdy wolny czas spędzam z Davidem i...Jest dobrze.Tak sądzę.Traktuję go jak bliskiego kolegę i niech tak zostanie.Dużo razy nalegał by dała mu szanse,jednak ja nie czułam tego,co czułam przy Edwardzie.



Mój wzrok przykuł uwagę wbiegającego na boisko szatyn.Podszedł do trenera,który zbytnio nie był zadowolony jego spóźnieniem.Po krótkiej rozmowie chłopaka dołączył do reszty ćwiczący zawodników.Trochę to śmieszne i niejako stawia innych zawodników w dość śmiesznej sytuacji.Oni,aby dołączyć do drużyny muszą się starać długi czas o przyjęcie,pokazać co potrafią i tak dalej.A Edward ? Raz przyszedł na treningi i już na progu trener przyjął go do drużyny,pominę to,że dwa dni później stał się kapitanem.I muszę przyznać,choć na pewno nie tylko ja,że jak na początkującego idzie mu bardzo dobrze.


Z torby wyciągnęłam książkę i zatracając się w jej tekście,świat nie widział mnie na kilka najbliższych minut.



Edward


-Howard!-Galvin nadarł ryja już któryś raz z kolei.
-No?-niechętnie się do niego odwróciłem,unosząc wysoko brwi.
-W sobotę jest mecz i ten...Jesteś kapitanem,więc zmotywuj jakoś tamte ofermy-odrzekł,cały czas wgapiając się w ten swój popieprzony notesik.
-Nie ma sprawy-odparłem,udając się w stronę szatni.Przyglądałem się trybunom i na jednej z ławek zauważyłem Rose pochyloną nad książką.Tak to chyba ona.Zdawałoby by się,że świat wokół niej nie istnieje.Dziwne.Jej do niejako oderwania się od świata,potrzebna jest jedynie książka,a mi jej osoba.
Wkładając dłonie do kieszeni udałem się w kierunku trybun.




Rose


Byłam tak zaczytana w książce,że nawet nie zauważyłam jak trening dobiegł końca.Schowałam książkę z powrotem do torby i miałam zamiar wstać,lecz przeszkodził mi ten gruby, głos z delikatną chrypą.
-Co ty tu robisz?-spytał dokładnie mnie mierząc.
-Siedzę,nie widać?-zapytałam z delikatnym,sarkastycznym uśmiechem.Szatyn prychnął i z gracją słonia opadł na siedzenie obok mnie.
-Zdążyłem zauważyć.-przerwał,pochylając się,a swoje łokcie oparł na kolanach,dłonie splątując przed sobą.-Pyskata się zrobiłaś.
-A ty cholernie upierdliwy.-zaśmiał się,obserwując boisko.
-Gdzie twój chłoptaś?-dalej drążył.
-Nie udawaj,że cię to interesuje.-powiedziałam sięgając jedną dłonią do torby.Wyciągnęłam z niej białą kopertę i zaczęłam miętosić ją w obydwu dłoniach.Chłopak dokładnie obserwował moje poczynania z delikatnym uśmiechem na twarzy.
-Cholernie mnie interesujesz.Nawet nie wiesz jak bardzo.-odparł robiąc przy tym te swoje słodkie oczka,na które przyciąga multum dziewczyn.Prychnęłam i odwróciłam głowę w inną stronę,nie chcąc,aby zauważył moich zaróżowionych policzków.Udawałam przed nim,że te słowa w ogóle mnie nie dotknęły.Prawda była wręcz przeciwna.
-Spójrz na mnie.-odparł,lecz ja nie zareagowałam.Szatyn długo nie czekał i wziął moją brodę w swoją dłoń zmuszając mnie do spojrzenia w jego brązowe oczy.Dzieliło nas jedynie parę milimetrów.Idealnie czułam jego miętowy oddech na mojej twarzy.
-Może i jestem tym pierdolonym chujem bez serca i uczuć,ale...-przerwał.-W jakimś stopniu zależy mi na tobie i nie pozwolę,żeby jakiś popierdolony synek Cię skrzywdził.-skończył i wstał na równe nogi.Moja cała nadzieja na to,że nasze usta się spotkają zginęła w mgnieniu oka.Nie wiedziałam co powiedzieć.Nie spodziewałam się czegoś takiego z jego strony.Ręce mi drżały, serce biło niczym oszalałe.
-Każdy człowiek ma uczucia i...-przerwał mi cichym warknięciem,najwyraźniej zły na siebie.
-Dajmy już sobie z tym spokój.
Delikatnie pokiwałam głową,po czym wstałam i stanęłam przed szatynem.Chwyciłam jego zaciśniętą w pięść rękę i opuszkami palców delikatnie ją otworzyłam.Do jego otwartej dłoni włożyłam biały świstek papieru i delikatnie zamknęłam z powrotem w pięść.
-Co to jest?-spytał,patrząc na mnie ze zdziwieniem.
-Dwa bilety na mecz koszykówki w LA.Ali mówiła mi,że ty i Chris się tym interesujecie,więc proszę.-uśmiechnęłam się delikatnie.-Po za tym,nawet gdybym chciała iść to za bardzo nie mam dowozu i z kim tam jechać.A twoja siostra nienawidzi koszykówki.
-Skąd je masz? Podobno wszystkie zostały wyprzedane w pięć minut.
-Brat koszykarz.
-No tak,mogłem się domyślić.
-Ja już będę lecieć.Rodzice pewnie się martwią.-powiedziałam i wymijając chłopaka zaczęłam schodzić w dół boiska po betonowych schodach.
-Rose!-zatrzymałam się w połowie drogi,odwracając w stronę chłopaka.
-No?
-W piątek o 16,bądź gotowa!-krzyknął szczerząc się jak głupi.Patrzyłam na niego ze zmarszczonymi brwiami.-Mówiłaś,że nie masz dowozu,a ja mam prawo jazdy.
-A Chris?!-krzyknęłam,mocno ściskając pasek od torby.
-Pieprzyć Chrisa!-odkrzyknął.Kiwnęłam głową,uśmiechając się szeroko.


===========================================================


TADA ! 15 !


Wielkie Dzięki za komentarze :)


Czytasz? = Komentujesz


10 komentarzy = 16 rozdział




Kłamiemy,by stać się lepszymi ludźmi w oczach innych.
Kochamy,bo tego potrzebujemy.Bo sami chcemy być kochani.
Zależy nam na opinii innych ludzi.Boimy się prawdy.
Nie chcemy być oszukiwani,jednak sami to robimy.
Wywyższamy się spoza innych ludzi,chcą być od nich lepsi.Ale...Dlaczego ? Dlaczego,chcemy być idealni ? Śmieszne.Nie ma ludzi idealnych.Nawet z wyssanych z palca bajkach,każdy jej bohater ma wady.Tak jak i ludzie.


Brownberiessx








tumblr_mlr4jpVE4i1s4hk2do1_400.gif
Tagi: Opowiadanie
09.12.2013 o godz. 12:55
Rose



Minął tydzień.Siedem długich dni i niekończących się minut.Z mamą nie rozmawiam do tej pory i szczerze mówiąc rzadko się widujemy.Ona praca,a ja...no cóż,cały czas leżałam w łóżku,z powody grypy,co było także spowodowane moją tygodniową nieobecnością w szkole.Nawet,chyba na dobrze mi to wyszło.Miałam czas,żeby to wszystko poukładać,przemyśleć.I doszłam do wniosku,że nie powinnam uciekać przed ludźmi.Przed samą sobą.

-Rose!-usłyszałam piskliwy głos i szybkie kroki po schodach.Po głosie domyśliłam się,że to Ali.Ostatnimi czasy ciągle u mnie przesiaduje.Mogłam bym rzecz,że bardziej się do siebie przywiązałyśmy.
-A ty co? Jeszcze nie ubrana? Wstawaj!-odparła głosem wypełnionym pozytywną energią.Zaczęła zrywać ze mnie warstwy kołder,pod którymi byłam schowana.Było mi strasznie wygodnie,więc nie miałam najmniejszej ochoty by ruszyć się nawet o milimetr.Jedynie co w tym momencie potrzebowałam to gorący kubek czekolady,miękkie łóżko i ktoś zaufany,komu mogłam bym się zwierzyć.W tym wypadku Alison.
-Nie-westchnęłam swoją głowę wtulając w jedną z poduszek.
-Rose,obiecałaś mi coś!-pisnęła z wyrzutem,zaprzestając ciągnięcia mej kołdry,swoje ręce kładąc sztywno wzdłuż ciała.
-Za dużo Ci obiecuję.-westchnęłam,przywołując się do pozycji siedzącej.
-Widziałaś się w lustrze?-spytała,ręką wskazując na moją zmęczoną twarz i bałagan na głowie.Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego,że wyglądam koszmarnie.Jakoś nie miałam czasu by się ogarnąć bynajmniej "przeciętnie". Dziewczyna pokiwała bezradnie głową i zaczęła przeszukiwać moją szafę w poszukiwaniu jakiś ubrań na dzisiejszy wieczór.Jakiś czas temu obiecałam jej,że pójdę z nią do kina.Z początku myślałam,że pójdziemy tam tylko w dwójkę,jednak Ali szybko mi uświadomiła o obecności Chrisa.
-A Edward?-spytałam siadając na skraju łóżka.Blondynka przestała grzebać w szafie i spojrzała na mnie.Wiedziała o wszystkim.O ostatnich tygodniach,których główną rolę miał Edward.Nie mogłam.Po prostu nie mogłam.Musiałam się komuś zwierzyć,wygadać.
-Nie wiem.Chris do niego dzwonił i powiedział,że ma ważniejsze sprawy na głowie niż chodzenie na jakieś debilne filmiki.-prychnęła.-Z resztą wiesz jaki on jest.Tylko jedno mu w głowie,jak każdemu facetowi.
Po ostatnich słowach poczułam dziwne ukłucie w klatce piersiowej.Nie ukrywam,zabolało.-Trzymaj.Za 20 minut ma być po nas Chris,więc musimy się zbierać.-dodała,z delikatnym uśmiechem.Spojrzałam na wybrane przez nie ubrania i w pełni uznałam,że jak najbardziej mi one odpowiadają.



Edward



-No?-spytałem,przykładając telefon do ucha.
-Za 5 minut,chce Cię widzieć na podjeździe.-odparł,a raczej syknął Chris.Pieprzony małolat.
-Grozisz mi?-prychnąłem,odpalając fajkę.
-Nie,ale..-jego głos się urwał,a na moich ustach zagościł złośliwy uśmieszek.
-Mówiłem Ci już coś na ten temat.-zaciągnąłem się i kontynuowałem.-Nie masz najmniejszego zamiaru oglądać moją siostrę wymijającą ślinę z moim najlepszym kumplem.A chyba nie chcemy,żeby coś Ci się stało,nieprawdaż? -odparłem z ogromną satysfakcją.Chłopak umilkł.W słuchawce usłyszałem odgłos zamykania drzwi samochodowy,a po chwili dźwięk pracowania silnika.Coś pięknego.-Tak myślałem.-prychnąłem.-I z łaski swojej przestań zatruwać mi nie potrzebnie dupę telefonami,bo i tak nic nie wskórasz.
-Dobra,jak sobie chcesz...Jenkins będzie tobą zawiedziona,no ale,nie będę Cię do niczego zmuszać.-rzekł i mógłbym przysiąc,że na jego twarzy pojawił się głupkowaty uśmieszek,który cholernie działał mi na nerwy.
-Rose będzie?-spytałem po chwili cichy.Chłopak zaśmiał się,po czym powiedział:
-No tak.Ale nie będę zawracać Ci dupy,przecież masz ważniejsze sprawy na głowie.Do zobaczenia,kochasiu.-parsknął śmiechem,wyłączając silnik samochodu.
-Daj mi 5 minut.-odparłem,wcisnąłem czerwoną słuchawkę,kończą rozmowę.W błyskawiczny,tempie założyłem buty i zabrawszy kurtkę z wieszaka otworzyłem drzwi.Niemalże natychmiast w moje oczy rzuci się krzywy uśmiech Chrisa,zza kierownicy.Znał mnie na wylot.



Rose



-David,miło mi Cię poznać.-blondyn uśmiechnął się do mnie serdecznie,wyciągając dłoń w moją stronę.
-Rose.Mnie również miło.-rzekłam,odwzajemniając uśmiech.Chłopak chwycił moją dłoń,którą delikatnie ucałował,nie spuszczając ze mnie oka nawet na sekundę.Zza moich pleców usłyszałam donośne prychnięcie Edwarda,któremu najwidoczniej nie spodobała się postawa Davida.Mi zupełnie wręcz przeciwnie.Wygląda na mądrego,odpowiedzialnego młodego mężczyznę.Urodą też nie grzeszył.Miał blond włosy,które co jakiś czas ciągnął za końcówki,chcą jej postawić do niejakiego "pionu". Zupełnie tak jak robi Edward.Byli do siebie podobni wyglądem,ale charakter całkiem inny.Obaj wysocy,umięśnieni i dość szerocy w ramionach.Marzenie,chyba każdej kobiety na świecie.Jednak moje serce i tak wybierało bruneta...
-Dobra,chodźcie już.Zaraz zacznie się film!-pisnęła.Była cała podekscytowana,ponieważ na premierę czekała z dobry rok.To ona zaplanowała to całe "spotkanie" z Davidem.Mało podobał mi się ten pomysł.Nie była głupia.Doskonale wiedziała,że jeśli mi powie,że planuje zapoznać mnie z chłopakiem,nie zgodzę się i kategorycznie odmówię jej wyjścia.Po za tym jeśli miałby to być ten jedyny,to tak czy tak,prędzej czy później nasze drogi by się skrzyżowały.


Edward



-Podobał Ci się film,piękna?
-Podobał Ci się film,piękna?-zacytowałem,udając piskliwy głosik dziewczynki,wymachując przy tym dziwnie rękami.Nie interesował mnie srogi wzrok Alison,który przesyłała mi praktycznie przez cały seans.Wkurwiał mnie i to cholernie.Cały czas kręcił się obok Rose,co sprawiało,że moje pięści samoistnie zaciskały się w pięść. Spojrzałem na szatynkę,kręcącą bezradnie głową.Obrzuciwszy mnie ostatnim spojrzeniem wdała się w dalszą dyskusje z blond lalusiem.
-Co byście powiedzieli na imprezę? Niedaleko z tond jest klub.-powiedział patrząc na wszystkich po kolei,kończąc na Rose i jej piersiach,które skutecznie odsłoniła biała bluzka.Jedno spojrzenie na Chris i już wiedział o co chodzi.
-Nie wiem,czy to jest dobry pomysł.-odparła szatynka,z cieniem niepokoju na twarzy.Doskonale wiedziałem co było,a raczej kto był powodem jej niechęci do imprezowania.Drake...
-Oj,daj spokój.Trochę zabawy nikomu jeszcze nie zaszkodziło.-odparł pół szeptem,skurwysyn.Widząc jak jego łapa ląduje na jej biodrze,cały się zagotowałem.Obserwując jak powoli zjeżdża w dół na jej tyłek,zacisnąłem dłonie w pięści i spiąłem mocno mięśnie szczęki.Pierdolony.
-Zgadzam się z Davidem.Nie powinnaś żyć przeszłością i tym co się stało.-odparła Ali z szerokim uśmiechem na twarzy.Z resztą cały wieczór u niej gościł.Nie wiem co jej zrobię,kiedy wrócimy do domu.W końcu to ona zaprosiła tego gnoja.
-Niech wam będzie.-rzekła Rose,delikatnie uśmiechając się do Davida.Chris podrapał się po karku,po czym wypuścił z głośnym świstem powietrze.Wiedział,że jeśli wybuchnę,nie będzie odwrotu.


Rose


Dochodziła godzina druga w nocy,a ja ani trochę nie czułam zmęczenia.Praktycznie cały czas spędzam z Davidem.Zdążyłam go już poznać i w pełni stwierdzam,że doskonale się z nim dogadywałam.Edwarda nie widziałam od kąt weszliśmy do klubu.Nie rozumiałam jego zachowania.Z resztą kiedy je rozumiałam? Jest on typem chłopaka,którego trudno rozszyfrować.
-Zatańczysz?-spytał wyciągając swoją dłoń w moją stronę.
-Oczywiście.-odparłam z szerokim uśmiechem,chwytając jego rękę.Tańczyliśmy ze sobą prawie wszystkie kawałki,a moje nogi ledwo co dawały już radę.Nie są one zbytnio nauczone do wysiłku.Chłopak położył swoje dłonie na moich biodrach,delikatnie kołysząc się na boki.Kiedy zarzuciłam dłonie na jego ramiona,przy ścianie dostrzegłam Edwarda,który obserwował każdy mój ruch.

Tańczyliśmy rozmawiając na wszelkie tematy.Cały czas czułam się obserwowana.Mój wzrok spoczął na ścianie.Już go tam nie było.Dostrzegłam go wychodzącego z wysoką blondynką z którą całował się na ostatniej imprezie o Jacoba...
-Wszystko okej?-spytał blondyn widząc moją nietęgą minę.Delikatnie pokiwałam głową na tak.Postanowiłam na razie dać sobie spokój z Edwardem,i bardziej zapoznać się z Davidem.




============================================================

Yo,ziomaski!

Jest i 14! Na którą długo czekaliście,za co przepraszam :)


Jaki okaże się na prawdę David? Kogo wybierze Rose? Czy para nastolatków,w końcu przejrzy na oczy i zobaczy jakim uczuciem do siebie pałętają ?


Dziękuje wszystkim za komentarze i przepraszam za błędy,jakie jakieś wystąpiły :)


Czytasz? Komentujesz!

9 komentarzy = 15 rozdział!



Jeśli będziecie mieli jakieś pytania (np:dotyczące opowiadania,co się wydarz w następnych rozdziałam itp) odpowiadam tutaj:
http://ask.fm/Brownberiessx


Brownberiessx


Tagi: opowidanie
31.10.2013 o godz. 22:20
Rose



-Jesteś pewien,że to dobra droga?-spytałam już któryś raz z kolei.Chodziliśmy po lesie już jakiś czas i jak na razie nie natrafiliśmy na żadną żywą istotę.No,pomijając wszelkiego rodzaju drobne zwierzęta.
-Spokojnie,zaraz z tond wyjdziemy.-odparł jakby nigdy niby nic,dalej idą przed siebie.Od kiedy tylko "wpadliśmy" na siebie,na jego twarzy wciąż widnieje ten czarujący,szczery uśmiech,który u niego jest rzadkością.
Powoli zaczynałam tracić cierpliwość.Zdawało mi się,że mijamy te same drzewa,krzaki...Nagle mnie olśniło.
-Masz telefon?
Chłopak przez chwile patrzył na mnie w osłupieniu.Jednak po chwili jakby zdał sobie sprawę z tego co powiedziałam i w pośpiechu zaczął przeszukiwać kieszenie swoich spodni.
-Cholera! Zostawiłem go w torbie.-warknął,swoje dłonie zatapiając w gęstych,brązowych włosach,które,aż prosiły się o obcięcie.
-Super...-mruknęłam,ruszając przed siebie.
-No,a ty?-zapytał zrównując ze mną krok.
-Zostawiłam w domu.-burknęłam,co raz to bardziej zła na siebie.Zaraz po wyjściu z lasu,mieliśmy udawać,ze nic takiego się nie zdarzyło.Traktować jak powietrze,jak obcą osobę.A jakby niby nic gadamy sobie jakbyś się znali parę lat.Powoli zaczynało mnie to wszystko przytłaczać.Odnosiłam wrażenie,że Bóg robi mi na złość.A może to się dzieje,abym sobie w końcu coś sobie uświadomiła?
-Co to jest?-zapytał,wyciągając z mojej kieszeni biały świstek papieru.Momentalnie westchnęłam.
-Możesz mi to oddać?-stanęłam,podziwiając jak chłopak dalej brnie do przodu,otwierając kawałek kartki.-Nie czyta się cudzych listów.
-Znasz Liam'a Jenkinsona ?-spytał,kiedy stanęłam z nim oko w oko.
-To mój brat.-odparłam,spoglądając na bruneta,patrzącego na mnie w osłupieniu.W sumie nie dziwie mu się,że tak na to zareagował.Gdybym była na jego miejscu byłam bym tak samo oszołomiona jak on.No bo,jak takiej światowej klasy koszykarz może być bratem takiej niepozornie cichej i słabej dziewczyny?-Co?
-Nie nic...-odparł,lekko zmieszany. Wykorzystując jego nie uwagę wyrwałam mu z dłoni,otwarty już z resztą list.Chłopak mierzył mnie,tym swoim przenikliwym spojrzeniem od góry do dołu,sprawiając tym samym,że wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł dziwnie przyjemny dreszcz.Już sama nie wiem co robić.Rozum mówi,ze mam go zostawić w spokoju,traktować jak obcą osobę.A serce z każdym kolejnym uderzeniem,pragnie jego bliskości.Choćby uśmiechu,który tak bardzo mącił w mojej głowie.
-Słyszysz?-szepnął,przykładając swój wskazujący palec do moich lekko rozwartych warg.Czując jego ciepły oddech na twarzy,pobladłam,a na moich rękach dało się zauważyć gęsią skórkę.
Pozbawiona jakiejkolwiek koncepcji,uciszyłam swoje myśli i wsłuchałam się w odgłosy otaczającego nas świata.Świergot ptaków,wiatr,który delikatnie kołysał korony drzew,stukoty i różne inne dziwne dźwięki wydobywające się z środka lasu,to wszystko co udało mi się usłyszeć.I kompletnie nic co pomogło by się nam z tond wydostać.
-Chodź.-rzekł i złapawszy mnie za dłoń,ruszył przed siebie.Już po chwili po cały moim ciele rozlała się fala ciepła,spowodowana jego delikatnym,a za razem spontanicznym dotykiem.Nie miałam bladego pojęcia gdzie idziemy,ale tak czy tak lekko zdezorientowana kroczyłam po ziemi próbując w jakimś stopniu zrównać z nim kroki.

Chłopak z impetem stawiał swoje stopy,po nierównym gruncie,ciągnąc mnie za sobą.Parę razy zahaczyłam o wystające z ziemi korzenie,jednak nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi i dalej uparcie,brnął przed siebie.
-Gdzie my tak właści...-przerwałam,wpadając na plecy bruneta,który nawet nie wiem,kiedy stanął.Już po chwili mogłam usłyszeć,donośny śmiesz wydobywający się z jego ust.
-No i z czego się śmiejesz?-fuknęłam,prawą dłonią uderzając w jego ramię.-Idiota...
Wymijając go zorientowałam się,gdzie jesteśmy.Stałam obok niewielkiego strumienia wody,którego szum,doskonale koił moje rozdarte myśli.Więc to musiał wtedy usłyszeć.Chociaż to dziwne,że usłyszał szum wody z tak daleka...
-Jak mnie nazwałaś?-odparł,delikatnie całując płatek mojego ucha,swoje dłonie umieszczając na moich biodrach.Natychmiast po moim ciele rozlała się fala przyjemnego ciepła,a na policzkach tak dobrze znany mi kolor.Chłopak zauważając moją reakcję na jego dotyk,łobuzersko zaśmiał się w moje ucho,obdarowując moją szyję jednym,namiętnym pocałunkiem.
-Powiedziałam,że jesteś idiotą.-rzekłam,każde słowo wypowiadając powoli i wyraźnie.Nie miałam bladego pojęcia co we mnie wstąpiło.Normalnie to bym już dawno uciekała,gdzie pieprzy rośnie,lecz nie teraz...Czułam jak chłopak delikatnie się uśmiecha.Ucieszony tym,ze jeszcze mu nie przerwałam,zaczął sunąć swym nosem po linii mojej szczęki,wzdłuż szyi,na której zaczął składać pojedyncze pocałunku.
-Nie ładnie,Rose.-mruknął nie zaprzestając swojej wędrówki.-Ale...Kręci mnie to.
Przymknęłam swoje powieki,delektując się tą chwilą jak najbardziej.Z delikatnym uśmiechem na usta,położyłam swoje dłonie na jego.Nie dane było mi się długo tym szczycić,ponieważ mój mózg niemalże po chwili zaczął wszystko dokładnie analizować.Z prędkością światła otworzyłam swoje oczy i wyrwałam się z jego objęć.Chłopak spojrzał na mnie z zdziwieniem i...urazą?
-Mówiłeś,że wiesz jak stąd wyjść.-wymamrotałam,dłonie zakładając na piersi.Brunet chcąc jakoś załagodzić sytuację podszedł do mnie bliżej podnosząc swoją dłoń w kierunku mojego policzka.Jednak ja zręcznie odtrąciłam ją od siebie,cofając się do tyłu,swój wzrok zatrzymując na niewielkim kamieniu,obok którego stała czarna torba.
-Stąd już będę wiedział jak wyjść.-rzekł z cynicznym uśmieszkiem.W tej chwili,jedyne co czułam to czystą nienawiść do siebie,jak i do niego.
-Idziesz ?-zapytał zakładając swoją torbę na lewe ramię. Delikatnie pokiwawszy głową ruszyłam w jego ślady.


Edward



Szliśmy w kompletnej ciszy,a mnie powoli zaczynał trafiać jasny szlak.Kiedy tylko spojrzałem na nią przez swoje ramię jej wzrok wędrował ku zupełnie innej stronie.A kiedy moje spojrzenie lądowało przed siebie,czułem niemalże jak wypala mi dziurę w plecach.Doskonale zdawałem sobie sprawę,że naruszyłem niewidzialny mur jaki nas dzielił,ale miałem to głęboko w dupie.
-To tu.-powiedziała,zatrzymując się przed niewielkim,drewnianym płotem.



Rose


-To tu.-odparłam,prawą dłonią otwierając furtkę.-No.To cześć.-dodałam w pośpiechu przekraczając kawałek drewna.Chciałam jak najszybciej zakończyć ten dzień,zapomnieć...Nawet nie zdążyłam dokładnie postawić nogi na ziemi,ponieważ chłopak złapał mnie za nadgarstek,odwrócił do siebie i z iskierkami w oczach przybliżał się w moją stronę.Wiedziałam co miał zamiar zrobić.

W ostatniej chwili cofnęłam się,swoją dłoń wyrywając z jego uścisku.Odwróciłam głowę,chcą uniknąć jego hipnotyzującego wzroku.Bałam się,że kompletnie zatracę się w jego spojrzeniu i zrobię coś czego nie miałam zamiaru robić.

Brunet jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi tej sytuacji i znowu pochylił się nade mną,ręką przytrzymując moją brodę,zmuszając mnie do spojrzenie w jego oczy.Już chciałam się cofnąć,jednak chłopak zrobił coś czego się nie spodziewałam.Ucałował mój policzek i szepcząc niewyraźne "Dobranoc,Rosalie" ruszył przed siebie.
Stałam tak jak słup soli dopóki chłopak nie zniknął za najbliższym zakrętem.

Przygryzając delikatnie wargę,skierowałam się do drzwi.W salonie świeciło się światło,co oznaczało,że rodzice jeszcze nie śpią.Nie miałam zamiaru z teraz z nikim rozmawiać.Chciałam uniknąć kolejnych kazań i bezsensownej gadaniny,więc zdejmując po cichu buty,udałam się do pokoju.
Otworzyłam drzwi,które wydały z siebie charakterystyczny dźwięk i nie myśląc już o niczym innym jak ciepłym łóżku i wargach Edwarda na moim policzku,położyłam się na miękkim materacu.

On jest rodzajem chłopaka,o którym marzy każda dziewczyna. To on jest snem wielu dziewcząt,z którego żadna nie chce się obudzić.On jest definicją piękna.Udowadnia, że wszystko jest możliwe prawdziwe.On sprawia,że na mojej twarzy widniej uśmiech.Nie mam słów by to opisać...

Wtuliłam głowę w poduszkę,chcą jakoś zagłuszyć cichy krzyk wydobywający się z moich ust.

Z dania na dzień jest coraz gorzej.Przerosło mnie to już.Nie potrafię słowami wyrazić tego,co czuję. Alfabet jest chyba za mały.

Czasami łapię taki stan, stan rozkminy.Taki stan przechodzę właśnie dzisiaj,właśnie teraz.Uświadamiam sobie wtedy tyle ważnych rzeczy.Widzę,co robię źle,zauważam,co tracę,myślę o tych,na których mi zależy,przypominam sobie o ludziach, którym zaimponowałam, będąc sobą.Moje życie to taka drabina.Drabina,która nigdy się nie kończy.Każdy jej szczebel ma inną historię.Nie które złe,takie które nigdy nie powinny się wydarzy,a człowiek na samo ich wspomnienie ma cholerną ochotę ,schować się w kąt i już nigdy z niego nie wychodzić.Ale są i te dobre.Przepełnione szczęściem,miłością.Wszystkim co w życiu najlepsze...

Oczyszczając swój umysł z myśli usiadłam na łóżku,z kieszeni spodni wyjmując białą jak śnieg kopertkę.Powoli zanurzyłam w nim opuszki swoich palców,by po chwili wyciągnąć z niej dwa bilety na najbliższy mecz koszykówki w LA.



============================================================

Siemano!


I jest 13.Do dupy,ale jest xD


Z góry przepraszam was za długą nieobecność na blogu.Jakoś nie było czasu by cokolwiek tu ogarnąć.


Wow.18 KOMENTARZY ! Wow.Nie powiem,nie spodziewałam się tego,myślałam,że będzie ich najwięcej 8,a jest ich o wiele więcej ! Cieszy mnie to,że ktoś czyta moje wypociny.Bo czytacie,nie? xD Tak czy tak Z góry dziękuje za wszytko :)


Kiedy nn ? Szczerze mówiąc to sama nie wiem.Pisze wtedy gdy mam wenę,chce mi się ,a przede wszystkim gdy mam czas.Nie chce nic pisać na siłę,że się dupy ani kupy nie trzyma.


Więc! Jeszcze raz dziękuje za komentarze i przepraszam za błędy,jeśli jakie wystąpiły.


Czytasz?=Komentujesz !

8 komentarz=13 rozdział !


Brownberiessx.


Tagi: opowiadanie
19.09.2013 o godz. 15:55
Rose


Leżałam na łóżku,nieudolnie wpatrując się w blady sufit.Promienie słońca skutecznie przenikały przez otwarte okno,jednocześnie rozjaśniając mój nieduży pokój.Wdychając bezbarwne powietrze,z każdą sekundą,do mojej głowy napływały setki,nie do zrozumienia koncepcji.Miałam jeszcze gorszy mętlik,niż wtedy,kiedy przygwoździł mnie do ściany,chcąc,abym go odwiedziła.Czemu to wszystko musi być takie trudne? Dlaczego ON taki jest? Przez chwile,w mojej głowie pojawiła się nawet myśl,o tym,że może mu na mnie zależeć,jednak szybko skreśliłam tą niedorzeczną myśl.Ja i on? Nie bądźmy śmieszni.On może mieć każdą,więc jakim cudem chciałby chcieć mnie? Taką życiową pokrakę,jaką jestem?
-Rose! Jakaś paczka do ciebie przyszła!
-Idę!-odparłam,podnosząc się z mojego dość małego,ale za to wygodnego łóżka.Szurając głośno stopami zaczęłam schodzić ze schodów,które pod moim ciężarem wydobywały z siebie charakterystyczny dźwięk.
-Od kogo?-zapytałam,podchodząc do swej rodzicielki,stojącej w przed pokoju.Jedną dłonią odgarnęłam niesforny kosmyk włosów,drugą odbierając niewielką kopertę.
-Od Liam'a.-odparła,zacięcie przeglądając resztę poczty.
-Coś nie tak ?
-Nic.Po prostu obawiam się,że może nam nie starczyć pieniędzy na pokrycie wszystkich rachunków.-rzekła,ciężko wzdychając,ponownie wertując stertę listów.
-Ale...Przecież dostałaś zaliczkę za swój ostatni projekt,nie?-odparłam,patrząc na matkę,która ze strapioną miną,odłożyła listy na drewnianą szafkę.
-Chcesz herbatę?-zignorowała moje pytanie,kierując się w stronę kuchni.
-Mamo,proszę Cię.-jęknęłam udając się w jej kroki.Już od pewnego czasu wiedziałam,że nie mamy za dużo pieniędzy,ale zawsze starczyło na wszystkie rachunki,jedzenie,książki i na inne potrzebne do życia rzeczy.
-No dobrze.Powinnaś o tym wiedzieć.Usiądź.-posłusznie zrobiłam to co kazała.Położywszy kopertę na stole,bacznie obserwowałam jej poczynania.Kobieta wstawiła wodę na herbatę,po czym automatycznie zaczęła zmywać naczynia.
-Moja ostatnia zaliczka miała przyjść prawie miesiąc temu i do tej pory nie przyszła.Ojciec stara się jak może o podwyżkę,ale na razie wygląda na to,że nic z tego nie wyjdzie.-westchnęła.-Myślimy z ojcem,nad wzięciem kredytu...
-Jak to "kredyt"?-patrzyłam na nią w osłupieniu,a ona jakby nigdy nic,nadal zmywała naczynia,nawet na mnie nie patrząc.-Czy ty siebie słyszysz? Myślisz,że jak weźmiecie kredyt,to nagle wszystko stanie się prostsze? Dojdzie wam jeszcze więcej rachunków do zapłacenia,a przecież ledwo dajecie sobie radę opłacań te!-krzyknęłam.Czułam,że jeśli w porę nie wyjdę z pomieszczenia,nawet nie wiedząc kiedy,najzwyczajniej w świecie eksploduję,mieszanką poplątanych uczuć i problemów.
-Nie zdajesz sobie sprawy w jakiej jesteśmy ciężkiej sytuacji.Gdy...
-Według Ciebie TO jest "ciężka sytuacja"? Wyobraź sobie,jak ciężko,będzie wtedy,kiedy weźmiecie kredyt.Jeśli teraz jest trudno,źle,to co będzie,jeśli spadnie na was kolejne obciążenie?
-Ty nic nie rozumiesz.Nie wiesz,jakie życie potrafi być uciążliwe,zwłaszcza,kiedy zginie twoje własne dziecko,a...-ponownie jej przerwałam i mogłam już powoli ujrzeć charakterystyczne zmarszczki,które pojawiały się zawsze,gdy coś ją drażniło.W tej chwili trudno było mi zatrzymać jakiekolwiek emocję w środku.Normalnie,pewnie dawno bym stąd wyszła zostawiając rozmowę daleko w niepamięci,jednak nie teraz.Nie mogłam.
-Fakt.Może i nie rozumiem niektórych rzeczy,ale życie wystarczająco dużo razy dało mi popalić i wiesz co? Po śmierci Jacob'a nie uciekałam od świata,tak jak ty.Wiedziałam,że tak musiało być i nikt i nic tego nie zmieni.Wiem,ze strata swojego własnego dziecka jest ciężka i bolesna,ale trzeba też zważać na pozostałą część rodziny.Myślisz,że my byliśmy szczęśliwy po śmierci Jacob'a ? Dla nas też to nie było proste,ale jakoś daliśmy radę i pogodzilibyśmy się z jego śmiercią.A ty nadal drążysz ten sam temat w kółko "co by było,gdyby..." To już się robi nudne,wiesz? Czasu nie cofniesz.Nie cofniesz tego co się stało.Najwidoczniej tak musiało być.Tak chciał Bóg.Za każdą cenę,tego nie zmienisz,zrozum to wreszcie ! -krzyknęłam,automatycznie wstając z krzesła,dłonie zaciskając w pięści.Musiałam w końcu dać upływ wszystkim emocją kłębiących się w mojej głowie,przez ostatnie trzy lata,mojego nędznego życia.No,nie wszystkim.Pozostało jeszcze pełno innym kwestii do wyjaśnienia,a do najważniejszych z nich zaliczał się Edward Howard.Nie powiedziałam jej wszystkiego,choć był to najbardziej odpowiedni moment.Nie chciałam jej jeszcze bardziej denerwować.O ile to w ogóle jeszcze możliwe.
-Posłuchaj mnie,moja droga!-syknęła stając ze mną twarzą w twarz.-Nie życzę sobie takiego czegoś i dobrze o tym wiesz ! Nie masz bladego pojęcia jak to jest stracić własne dziecko,więc nie mów mi tu,że...
-Charlotte,co tu się dzieje ?-zapytał William,mój ojciec,który nie wiadomo z kąt się pojawił.W kuchni nastała niezręczna cisza.Zakryłam dłońmi twarz próbują w jakimś stopniu ochłonąć.Przez cisze,powoli zaczynałam tracić rachubę czasu.Wydawało mi się,że minęły już tygodnie,miesiące,lata,a w rzeczywistości minęło parę niezręcznych minut.-Odpowie mi ktoś w końcu?
-Nic.-rzekłam już trochę rozluźniona.Spojrzałam na rodzicielkę,która z drącymi dłońmi powróciła do dalszego zmywania naczyń.
-Jak to nic?-zapytał Will.Jego twarz powoli nabierała determinacji.Jedynie o czym teraz myślałam,to to,aby jak najszybciej stąd uciec.Nieważne gdzie,nieważne dokąd.Byle by tylko opuścić to pomieszczenie.
-Małe nieporozumienie.Nic wielkiego.-rzekłam i schowawszy kopertę do kieszeni spodni,wyszłam na korytarz,w pośpiechu zakładając buty.-Będę późno.Nie czekajcie na mnie.
Zamknęłam drzwi,by po chwili opuścić posesję rodziców.Szłam prosto przed siebie,nie zważając na ludzi przechodzących obok mnie.Skręcając w ulicę Old Price,poczułam jak po moich policzkach,ciekną słone łzy.Wydawało by się to zwyczajną kłótnią,jednak nie dla mnie.Widok umierającego brata,widzianego na własnych oczach.Wspomnienia powróciły i to ze zdwojoną siłą...


Edward



Siedziałem na wielkim kamieniu,ze skrętem w dłoni usilnie wpatrując się w małą rzeczkę,albo długą kałużę.Chuj z resztą wie co to jest.Na to samo wychodzi.Chyba.
Ogólnie było tu dość znośnie,jak dla mnie.W około rosło pełno drzew,a wątły strumień dodawał tej okolicy uroku.Przyszedłem tutaj zaraz po mojej jakże przemiłej przerwie na lunch.Byłem cholernie głodny,ale w jakiś niewytłumaczalny sposób nie mogłem się z tond ruszyć.Wdzięk tego miejsca przyciągał mnie jeszcze bardziej,a oczy coraz to bardziej pragnęły oglądać ten czarujący krajobraz,tak jakby się od niego uzależniły,pierdolone...

Obróciwszy papierosa ostatni raz,w końcu zdecydowałem się go zapalić.W chwili,kiedy się zaciągnąłem usłyszałem ciche kroki,tuż za moimi plecami.Czułem,że nie jestem sam.Odwróciłem się i ujrzałem,za drzewami jakąś postać.Nie dostrzegłem kto to,ponieważ stała głęboko w mroku.Przez chwile patrzyła prosto w moje oczy jednak zaraz się odwróciła i szybko popędziła przed siebie.

O nie.Tak to my się bawić nie będziemy.

Zanim zdołałem dokładnie przeanalizować tą sytuację,puściłem się biegiem w głąb lasu,rzucając niedopałka na ziemię.Biegłem ile sił w nogach.Jakiś głos w mojej głowie mówił mi,że to co zobaczę,mocno mnie zszokuję,jednak miałem to gdzieś i dalej z impetem,biegłem za nieznaną mi postacią.Z daleka mogłem ujrzeć jej długie,sięgające prawie do pasa włosy,które kołysały się w te i we wte pod wpływem wiatru.
-Kurwa!-warknąłem,kiedy moja wciąż fioletowa dłoń uderzyła o jedno z nielicznych drzew.Stanąłem zdezorientowany rozglądając się za nieznaną osobą,jednak nigdzie jej nie spostrzegłem.Nie miałem bladego pojęcia gdzie biegnąć i jeszcze ta pierdolona zieleń,od której całkowicie się gubiłem.Ja pierdole! W około wszędzie tych pieprzonych drzew i weźcie tu coś znajdźcie!

Chwile tak stałem w miejscu,kiedy nagle ujrzałem,jak z jakieś sto metrów ode mnie,coś zwinnie się porusza.Z początku stałem jak słup soli,myśląc,że to jakieś zwierze,czy jakiś inny gad,jednak po chwili zdałem sobie sprawę,że to ta sama osoba,którą goniłem parę minut temu.Widząc jak tajemnica postać się oddala,ruszyłem pędem w jej ślady,całkowicie zapominając o bólu w lewej dłoni.Czułem się jak jakiś zasrany krwiopijca,polujący na swoją zdobycz.Prychnąłem.
-Stój!-krzyknąłem,jeszcze bardziej przyśpieszając.Do czego to doszło,żeby Edward Howard,ganiał w środku lasu,za...czymś? W ogóle po co ja za tym biegnę?
-Ja pierdole!-warknąłem,zahaczając o korzeń wystający z ziemi,prawie zaliczając glebę.Co jest kurwa? Matka natura się na mnie uwzięła,czy co? -Stój do jasnej cholery!

Albo mi się wydawało,albo mam jakieś pierdolone zwidy,ale kiedy obca mi osoba odwróciła głowę,miałem wrażenie,że to Rose Jenkins.Nie... To niedorzeczne.Co taka szara myszka robiła by sama w lesie?
Pomimo tego,iż w moich płucach zaczynało powoli brakować tchu,biegłem dalej,a widząc,że "moja ofiara" zaczyna zwalniać z wyczerpania,jeszcze bardziej przyśpieszyłem tępa,o ile to jeszcze możliwe.
-Puść mnie! Słyszysz?! Puść!-krzyczała,kiedy złapałem ją w pasie.Dziewczyna zaczęła piszczeć,krzyczeć i kopać we wszelkie możliwe strony.Wcale mnie to nie ruszyło i jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk,powstrzymując się od wybuchu śmiechem.
-Ej,ej! Spokojnie.-rzekłem,uśmiechając się całą gębą,wiedząc z kim mam do czynienia.Jednak to nic nie pomogło,bo dziewczyna nadal piszczała jak opętana.Chcą jakoś załagodzić sytuacje,złapałem ją mocno w pasie,jednocześnie odwracając ją przodem do siebie.Nadal nic.Już lekko zdenerwowany,chwyciłem jej głowę swoimi dłońmi,przyciskając ją do jednego z pobliskich drzew.Spojrzałem głęboko w jej oczy,a wtedy wrzaski ucichły,a brązowe oczy brunetki,skierowały się na moją twarz,na której nadal gościł szeroki uśmiech.
-Co ty tutaj robisz?-zapytałem wciąż tkwiąc w tej samej pozycji.Jej twarz była niebezpiecznie blisko mojej i nie będę ukrywać,ale patrząc tak na nią,miałem cholerną ochotę ją pocałować.
-Stoję,nie widać?-reprymenda wręcz wyciekała z jej ust,które co raz to bardziej mnie hipnotyzowały.
-Coś ty się taka pyskata zrobiła,hę?-zapytałem,jeszcze bardziej przyciskając ją do siebie.Dziewczyna nic nie mówiąc,odwróciła swój wzrok ode mnie,patrząc gdzieś w krzaki.Dałbym sobie głowę uciąć,ze coś jest nie tak,bo przez chwile w jej oczach widniała bezbarwna ciecz.
-Puść mnie...-wyszeptała,wciąż usilnie wpatrując się w przestrzeń obok nas.
-A co jeśli ja nie chcę Cię puścić?-już po chwili mogłem podziwiać jej czekoladowe tęczówki,w który krążyły dwie malutkie iskierki.


============================================================

Hej,Hej,Hej !


Jest 12 rozdział i ten...Chciałam pisać go dalej,ale postanowiłam,że po trzymam was trochę w niepewności.


Co się stanie w następnych rozdziale? Czy Edward zdecyduję się pocałować Rose? Tego się dowiecie czytając dalej bloga.


Z góry dzięki za komentarze i przepraszam jeśli wystąpiły jakieś błędy.


Czytasz ? Komentujesz.

7 komentarzy= 13 rozdział !


Brownberiessx


Tagi: opowiadanie
04.08.2013 o godz. 13:55
Rose


-Liczba protonów i elektronów jest taka sama dla wszystkich atomów danego pierwiastka,ale....-mówił pan Coleman,nauczyciel od chemii.Z reguły jestem pilną uczennicą,cierpliwie słucham nauczyciela i uparcie notuje prawie wszystko to co mówi.Jednak nie dzisiaj i choćbym nie wiem jak się starała,moje myśli cały czas uparcie krążą ku zupełnie innej idei.Wszystko mi go przypominało.Z dnia na dzień nie rozumiałam go coraz bardziej.Raz jego wzrok niemal wypala mi dziurę w ciele,a usta wykrzywiały się w pełnym zadowolenia i ekscytacji szerokim uśmiechu,natomiast później znowu staje się tym chłodnym i zimnym człowiekiem bez zasad.Już sama nie wiem co o ty sądzić,zwłaszcza po wczorajszym.Chłopak coraz to bardziej mącił w mojej głowie,a ja nadal nie rozumiałam o co mu tak na prawdę chodzi.Być może to jakaś durna gra,w którym ja jestem nic nie wartym pionkiem,albo jakiś bezmyślny zakład. Nie mam bladego pojęcia.Nie chce cierpieć i przechodzić tego samego co w mojej byłej szkole.Upokorzona i nic nie warta kujonka ubrana w ciuchy z wyprzedaży.Już na samo wspomnienie mojej pomyłkowej przeszłości,oczy zachodziły mi nieskazitelną substancją.Nienawidziłam siebie,ludzi,którzy mnie oceniali,chociaż nic o mnie nie wiedzieli.Niestety,tak stworzony jest nasz świat,nic nie jest idealne.Świat to trudne miejsce.Choć nie żywi do nas nienawiści,nie darzy nas też miłością.Dzieją się na nim straszne rzeczy,których nie można wytłumaczyć.Rzeczy,które widzi­my to te sa­me rzeczy,które is­tnieją w nas.I nie ma żad­nej in­nej
rzeczy­wis­tości prócz tej,jaką ma­my w so­bie,dlatego też większość ludzi żyje tak niereal­nie,po­nieważ zewnętrzne
ob­ra­zy uważają za rzeczy­wis­tość,a swe­go włas­ne­go świata
wca­le nie do­puszczają do głosu.Można być wte­dy na­wet szczęśli­wym,lecz z chwilą,gdy poz­na się już raz tam­to,
in­ne, nie ma się już wy­boru i nie może iść drogą, którą obiera większość.Dro­ga owej większości jest łat­wa,a nasza trud­na...W każdym bądź razie,zamierzam przestać rozmyślać o Edwardzie,wymazać go z pamięci,chociaż zapewne będzie strasznie trudno skreślić kogoś ze swojego życia,skoro rozmyślało się o nim ostatnie tygodnie.Sama nie wiem czy to dobry pomysł,ale obiecałam sobie coś.Obiecałam,że nie wdam się w jakiekolwiek relacje z brunetem,choćbym nie wiem jak się starała,dotrzymam swojego słowa.Przynajmniej spróbuje.


Edward


Idąc wraz z Chrisem szkolnym korytarzem,mogłem podziwiać jak tłum uczniów schodzi nam na boki,pozwalając przejść.Dziewczyny patrzyły na nas tęsknymi spojrzeniami niemal,że pożerając nas wzrokiem.Natomiast oczy smarkaczy pełne były zazdrości i podziwu.Niektórzy nawet wchodzili,prawie że,w szafkę,aby tylko na nas nie spojrzeć. Uwielbiałem to uczucie.Czułem się wtedy jak jakiś pierdolony pan i władca.
-Eee..Słuchaj,stary jest sprawa...-odwróciłem głowę w lewą stronę,patrząc przez ramię na Pattersona.Chłopak intensywnie potarł kark prawą dłonią,z zmieszaną miną.
-No ?
-Ja...Chciałbym...eee
-Wysłowisz się w końcu?-zapytałem z determinacją,posyłając jakiejś wypudrowanej brunetce łobuzerski uśmieszek.Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie kusząco,przejeżdżając dłonią po swoich piersiach,aż do kroku.Prychnąłem.
-Nieważne.-odparł Chris.Z jego miny mogłem wyczytać,że chodzi tutaj o moją siostrę.
-Chcesz zabrać gdzieś Alison ?-zapytałem spoglądając w zmieszane oczy szatyna.
-No...Tak jakby...-stanąłem zastanawiając się chwile.Czyżby Patterson,aż tak się mnie bał,aby pytać mnie o zgodę,czy może zabrać gdzieś Ali ? Najwyraźniej tak i cholernie mnie to satysfakcjonuje.
-Dobra.Ale pamiętaj,że jeśli coś,cokolwiek co się jej stanie,pożałujesz,że się w ogóle urodziłeś.Zrozumiano?-rzekłem,a raczej fuknąłem,spoglądając na szatyna.
-Spoko,stary! Nie musisz się o nią martwić.Ze mną będzie bezpieczna!-krzyknął entuzjastycznie,z szerokim bananem na ryju.
-W to akurat wątpię.-odparłem kierując się w stronę stołówki.Chris nawet się sobą nie potrafi zaopiekować,a co dopiero kobietą.-Nie powinieneś zapytać się o zgodę Ali?
-Ona już się zgodziła-odparł idąc ze mną krok w krok.Momentalnie stanąłem.
-Chwila...-szatyn spojrzał na mnie z pytającą miną,więc postanowiłem kontynuować-Chcesz mi powiedzieć,że pomimo tego,iż bym się nie zgodzi na tą całą waszą pieprzoną randkę,tak byście razem poszli?
-No tak.
-To po co do cholery w ogóle pytałe ?
-Chciałem wiedzieć,czy nie masz nic przeciwko temu,abyśmy się spotykali...-powiedział zajadle mnie obserwując.Westchnąłem.
-Słuchaj,stary.Ja co do "was" nie mam nic do gadania.To wasze życie i wy robicie to co chcecie.Nie będę wam rozkazywał i mówić co macie robić,nie?-szatyn patrzył na mnie z niemym zaskoczeniem.-Ale nie będę ukrywać,wcale mi się to nie podoba i dobrze o tym wiesz.
-Wow,chłopie.Zaskoczyłeś mnie.Skąd nagle u ciebie takie przebłyski inteligencji ?
-Najwidoczniej nie znasz mnie tak dobrze jak myśli-rzekłem otwierając drzwi do stołówki.W sumie sam nie wiedziałem skąd wzięło się u mnie to całe pierdolenie.
-Ale pamiętaj,ma jej włos z głowy nie spaść,bo zabije.-warknąłem,na co szatyn energicznie pokręcił potwierdzająco głową.Może i nienawidziłem,ale kochałem Ali i nigdy nie pozwoliłbym,aby jakiś wykoncypowany przydupas ją skrzywdził.Zabił bym gnoja.Nawet jeśli miałby to być Chris.



Rose



-Coś Ci powiem...-rzekła blondynka patrząc w moje oczy.Od samego rana wiedziałam,że musiało się stać,bo była bardzo podekscytowana i radosna.Czyżby sprawa dotyczyła niejakiego Christiana ?-Wczoraj spotkałam się z Chrisem w mieście i...-ha,a jednak...
-I?
-Porozmawialiśmy,poszliśmy do kina...
-No?-zapytałam czekając na tą jakże radosną dla Alison wieść.
-No i...Umówił się ze mną!-zapiszczała,entuzjastycznie gestykulując przy tym dłońmi.
-To wspaniale!-rzekłam szeroko się uśmiechają.Cieszyłam się razem z nią.-To co...Gdzie Cię zabiera?
-Nie mam bladego pojęcia.Powiedział,że to niespodzianka.-odparła biorąc łyka soku pomarańczowego.-Oby nie na jakiś denny mecz koszykówki.
-Może i nie znam Chrisa,ale wątpię,żeby zabrał cię na mecz.Zwłaszcza kiedy mu na tobie zależy.
-No,ale wiesz jaki jest Chris.I te jego durne pomysły.
-Daj spokój.Na pewno będzie idealnie.-odparłam,spoglądając na uśmiechniętą twarz Alison.
-Masz rację.Jestem zbyt dociekliwa.A skoro to ma być niespodzianka,to niech nią zostanie.-powiedziała szeroko uśmiechają się w stronę drzwi.Nawet nie musiałam się odwracać,a i tak wiedziałam kto to.Twarz Alison wszystko ujawniała.Pochylając się wyciągnęłam z mojego plecaka książkę od biologi.Pani Evans ostatnimi czasy zaczęła robić nam co lekcję kartkówki,lub indywidualnie pytać uczniów,a ja,że nie chciałam dostać złej oceny postanowiłam chociażby przeczytać ostatni temat,aby przypomnieć sobie poszczególne informację.



Edward



Wchodzą na stołówkę,mów wzrok samoistnie powędrował do stolika,przy którym zawsze siedziała Jenkins i Ali.Momentalnie w brzuchu zaczęły skręcać mi się flaki,widząc jej uśmiech.Miała na sobie dresowe,szare spodnie i pomarańczową bokserkę z jakimś nadrukiem.Gdybym nie był sobą,powiedział bym,ze wygląda uroczo.Ale nie jestem.Więc tego nie powiedziałem.Wcale.

Zgarniając frytki i cole z bufetu,udałem się w stronę stolika,przy którym siedział już Chris.
-Witam,moje panie.-rzekłem,spoglądając na wszystkich siedzących,włącznie z Chrisem,do którego uśmiechnąłem się łobuzersko posyłając w powietrzu "buziaka". Chłopak prychnął wgarniając do swoich ust garść frytek,wypluwając część z nich na stół.Już po chwili mogłem usłyszeć zdegustowany głos Ali,która chlasnąwszy mu otwartą dłonią w tył głowy,zaczęła prawić mu kazanie o dobry manierach zachowania się przy stole.Wiedziałem,że może się to ciągnąć w nieskończoność,ale wcale nie było mi szkoda Chrisa.Przyda mu się taka tyrada.Żre jak świnia.Gorzej !

Nie zainteresowany poczynaniami Alison i Chrisa,mój wzrok spoczął na szatynce.Siedziała pochylona nad książką,zawzięcie pochłaniając każdą linijkę tekstu.Zastanawiałem się czy w ogóle wie,że siedzę obok niej.
-Widzę,że czeka nas długa konferencja,na temat dobrych manier-rzekła blondynka,specjalnie przeciągając piąty wyraz.
-Po co?-oburzony Chris,wziął kolejną garść frytek,głośno mlaszcząc.Robił to specjalnie,aby jeszcze bardziej zdenerwować dziewczynę.Głęboko w myślach widziałem okładającą pięściami chłopaka,Ali.Chciałbym to kiedyś ujrzeć na własnych oczach,a zważając na to jak Patterson specjalnie podpuszcza blondynkę,sugeruję,że nastąpi to lada moment.
-Bo jesz jak tępa kreatura,która od miesięcy nie widziała nawet kromki suchego chleba!-warknęła,ponownie uderzając chłopaka w tył głowy.Już po chwili mogłem oglądać małą zmarszczę pomiędzy brwiami blondynki.Nie miałem najmniejszego zamiaru słuchać dalszej rozmowy tej dwójki,więc mój wzrok ponownie spoczął na Jenkins.Dziewczyna nadal zachłannie pochłaniała tą pieprzoną książkę,a ja coraz bardziej głupiałem.Tylko mi kurwa nie mówcie,że zaczęła mnie olewać ! Nie...To niedorzeczne.Żadna dziewczyna mnie nie olewa.Żadna.

Z determinacją zacząłem pochłaniać garściami frytki,cały czas wpatrując się w szatynkę,z nadzieją,że w końcu spojrzy na mnie ,tymi swoimi brązowymi gałami.Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego,że zachowuję się jak Chris,ale miałem to teraz głęboko w dupie.
-Nie czyta się,gdy ktoś je.-warknąłem wstając,jedną dłonią opierając się o stolik,a drugą z trzaskiem zatrzaskując tą pieprzoną książkę,która cholernie zaczynała działać mi na nerwy.Dziewczyna jak i tamta dwójka,spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
-Edward,co ty odpierdalasz?-syknęła Ali momentalnie wstając z krzesła.Zignorowałem ją,usilnie próbując wyczytać coś z twarzy szatynki.Jedynie co udało mi się wyczytać to czyste zdziwienie.Dziewczyna po chwili podniosła dłoń dotykając opuszkami palców okładkę książki.Spiąłem mięśnie kiedy jej dłoń delikatnie otarła się o moją.
-Tak.Przepraszam.-rzekła wyjmując spod mojej łapy podręcznik,by po chwili schować go w plecaku.Jednak dziewczyna zrobiła coś czego kompletnie się nie spodziewałem.Wstała zakładając plecak na jedno ramię,powiedziała do Ali,że zobaczą się na przerwie i ruszyła w stronę wyjścia,by po chwili zniknąć za dużymi,drewnianymi drzwiami.
-Powtórzę pytanie.Co ty odpierdalasz,idioto?!-warknęła blondynka z impetem patrząc w moje oczy.Zignorowałem ją i wziąwszy plecak spod stołu,udałem się na plac przed szkołą.Moje płuca jak i całe ciało domagało się kolejnej dawki nikotyny,więc będą już na korytarzy wyciągnąłem jednego skręta i zaciągnąwszy się porządnie wyszedłem poza mury szkoły.Miałem w dupie to,że teren jest monitorowany.Teraz w głowie kłębiła mi się wyłącznie Jenkins. Japierkurwadole,NORMALNIE NIEPRAWDOPODOBNE!



============================================================

Siemanko!


Jest i 11 rozdział.W końcu udało mi się go dokończyć.Tsa...
Z góry wielkie dzięki za komcie i sorka,jeśli wystąpiły jakieś błędy.

6 komentarzy-12 rozdział


Brownberiessx

Tagi: opowiadanie
31.07.2013 o godz. 10:47
Edward




-Gotowe.-rzekła gosposia.W głębi duszy zacząłem się wkurwiście cieszyć,że już koniec tych "tortu" jakkolwiek by to zabrzmiało.-I żeby mi to było ostatni raz,zrozumiano?
-Jasne.-rzuciłem z wymazanym na twarzy grymasem.Wiedziałem,że prędzej czy później ponownie przejdę przez te jakże ekscytującą i wciągające zabiegi kuracyjne niejakiej Katheriny Shanon.Byłem cholernie ukontentowany tym,że udało mi się zakamuflować moją obolałą dłoń,która coraz bardziej przypierała odcień fioletu.Pierdolona...
Kiedy byłem tuż przy wyjściu z kuchni usłyszałem podejrzliwy i stanowczy głos kobiety:
-Zaczekaj no chwilkę,mój drogi...
-Co kur...-odchrząknąłem,widzą chłodne spojrzenie kobiety.-Czego sobie Pani życzy?
-Uważaj sobie ze słownictwem,paniczu...-odparła cały czas fiksując mnie swoim insynuowanym spojrzeniem.
-Miałaś mnie tak nie nazywać-rzekłem z grymasem na twarzy.Ramieniem oparłem się o framugę drzwi,a ręce założyłem za plecy,tak aby jej spojrzenie nie dopatrzało mojej spuchniętej dłoni.
-Miałeś nie przeklinać.-powiedziała stając tuż przede mną.Jej zielone oczy intensywnie się we mnie wpatrywały.
-Mówiłem Ci już,że...
-Gdybym była twoją matką nie pozwoliłam bym Ci na taki styl życia-westchnąłem-Ani na te cholerne papierosy,które tak intensywne pochłaniasz.-zamarłem.Wzrok kobiety zmienił się z podejrzliwego na czystą irytację.W głowie bezzwłocznie próbowałem ułożyć jakieś dobre kłamstwo,jednak w tej chwili nie przychodziło mi nic do głowy,co wystarczająco uspokoiło by czujny umysł Katheriny.
-Skąd wiesz?-zapytałem nim zdążyłem się ugryź w język.Niemalże od razu zacząłem ganić się w myślach.
-Och,proszę Cię,Edward! Piorę twoje ubrania i myślisz,że nie poczułam bym tego odurzającego zapachu? Czuć ten smród,z drugiego końca Sun Lakes!
-Nie potrzebnie drążysz temat.To nie jest twoja sprawa,Kat.I proszę Cię,nie wracajmy do tego tematu.-rzekłem po czym odwróciłem się,aby uniknąć dalszej części "kazania",jednak nie było mi dane zrobić ani jednego kroku,ponieważ dłoń kobiety zacisnęła się na moim nadgarstku.Siłą woli starałem się nie wybuchnąć śmiechem,czując jak gosposia z całej siły ciągnie mnie za rękę.Nie drgnąłem nawet o milimetr.
-Dobrze,skoro nie chcesz o tym rozmawiać,to nie będziemy nie potrzebie tracić cennego czasu.Ale wiedź,że to mi się ani trochę nie podoba i...
-Dobra,zrozumiałem-przerwałem,w końcu odwracając się przodem do kobiety.
-A jeśli zobaczę Cię z tym syfem w ustach,to uwierz mi,nie ręczę za siebie.-dodała,usilnie wciskając swój wskazujący palec w mój korpus.
-No i zajebiście-rzekłem po czym wolnym krokiem udałem się w kierunku schodów.
-Chwila,chwila mój drogi,jeszcze z tobą nie skończyłam!-jęknąłem głośno stając w połowie drogi.Już po chwili mogłem podziwiać czarną jak smoła czuprynę.
-Nie żeby coś,ale..Dasz mi w końcu święty spokój?-spytałem
z sadystycznym uśmieszkiem.
-Pokaż łapy.-szlak by to kurwa trafił! A już myślałem,że mi udało...
-Po co? Ręce jak ręce.-rzekłem wpatrując się w zielone oczy kobiety.Udawałem,że nie wiem o co chodzi,by chociaż odrobinę zyskać na czasie.Modliłem się tylko,aby ktoś,obojętnie kto,nawet ta wywłoka,nam przerwała.
-Pokaż ręce!-prawie,że krzyknęła,a mi momentalnie przed oczami pojawił się konował w białym kitlu z siwizną na łepetynie i dużymi binoklami na nosie.Za chuja nie dam się zaciągnąć to tego,pożal się Boże lekarza! Już wolałbym żeby ktoś mnie zakopał trzy metry żywcem pod ziemią w ogródku za domem.
-Edward,nie każ mi...-nie zdążyła dokończyć,ponieważ przerwała jej Claire:
-Dzień Dobry,Kat.-momentalnie na moje usta wtargnął zwycięski uśmieszek.O Bogowie!
-A dzień dobry,pani Howard.-wyraz twarzy Kat automatycznie zmienił się na radosny,a na usta wkradł się delikatny uśmieszek.Jednak nawet ja mogłem zauważyć,że jest on wymuszony.Kat nigdy nie przepadała za naszą matką.Była tego samego zdania co ja i doskonale mnie rozumiała w tej sprawie.-Co sobie Pani życzy? Naleśniki?
-Nie,dziękuje Kat.Nie jestem głodna.
-Ale jak to! Śniadanie to przecież najważniejszy posiłek dnia!-odparła zerkając na rudą lafiryndę,zakładającą w pośpiechu buty.
-Zjem w mieście,nie musisz się o mnie martwić-prychnąłem.
-Tak,jakby w ogóle ktokolwiek się o Ciebie martwił.-odparłem spoglądając w matczyne oczy,w których już po chwili mogłem ujrzeć głęboki lamet.Już otwierała usta,kiedy niespodziewanie odezwała się Katherina:
-Przepraszam,że się narzucam,ale podwiozła by mnie Panienka do marketu ? Muszę zrobić zakupy,bo lodówka prawie pusta.-jeszcze przez chwile mierzyliśmy się z matką wzrokami.Mój był przepełniony złością,a jej udręką. Katherina nie była głupia.Dobrze wiedziała,że gdyby nie wtargnęła w odpowiednim momencie,nie wytrzymał bym i powiedział bym tej fałszywej wywłoce,wszystko to,co leży mi na sercu,jakkolwiek by to zabrzmiało.
-Dobrze.Poczekam w samochodzie.-odparła.Otworzywszy drzwi rzuciła mi jeszcze jedno rozpaczliwe spojrzenie,po czym zniknęła za progiem domu.Interesowało mnie tylko jedno...Kto normalny pracuje nawet w niedziele ?

Pokiwałem głową,kiedy mój umysł zaczął kalkulować każdą możliwą sytuacje,rozpoczynając od burdelu,a kończąc na wyeksmitowanym przydupasie.Matka i zdrada ? Niegdyś nawet bym o tym nie pomyślał,ale teraz,kiedy przejrzałem na oczy,jest to najbardziej racjonalna opcja,jaka przyszła mi to głowy.To by wyjaśniało te wszystkie noce poza domem,"prace" w weekendy i te jej cholernie przesłodkie zachowanie.Na samo wspomnienie tej dziadowskiej baby,miałem cholerną ochotę pierdolnąć sobie łopatą w łeb,przedtem wykopując sobie głęboki dół na podwórku.
-Wrócimy do naszej rozmowy później-jęknąłem,słysząc donośny głos Katheriny.Już miałem otwierać usta,kiedy do drzwi zadzwonił dzwonek.
-Witaj Rose!-na dźwięk jej imienia momentalnie zastygłem.
-Dzień Dobry.-widząc jej delikatny uśmiech na twarzy,sam wykrzywiłem usta w subtelny uśmieszek.
-Miło widzieć,panienkę.Niestety muszę uciekać.Pani Howard już się zapewne niecierpliwi.-rzekła kobieta,całując dziewczynę w policzek na pożegnanie.Jakież to urzekające.Prychnąłem.-Do zobaczenia później.
-Do widzenia.-odrzekła z życzliwym uśmiechem,podziwiając,jak kobieta znika za drzwiami.Brunetka jeszcze przez chwilę wpatrywała się w zamknięte wyjście,kiedy nagle jej błyskotliwy wzrok spoczął na mnie.
-Alison nie ma w domu w tej chwili.-powiedziałem przerywając tym samym niezręczną ciszę.
-T-tak,wiem...-odparła spuszczając głowę w dół,zasłaniając się kurtyną lśniących włosów.Brunetka miała na sobie czarną sukienkę sięgającą jej za kolana i kremowe baleriny.Muszę przyznać,że pomimo tego,iż praktycznie nic nie odsłaniała wyglądała czarująco.-Właściwie,to ja przyszłam do Ciebie...
-Do mnie?-spytałem lekko oszołomiony jej wyznaniem.
-T-tak..-odparła spoglądają przez chwilę w moje oczy,jednak zaraz odwróciła wzrok,cała speszona.-Ja...Chciałam Ci podziękować,za pomoc.Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie ty...
-Nie musisz dziękować.Tu w żadnym stopniu nie chodziło o Ciebie.Po prostu miałem parę nieporozumień z Morganem,a ty mi to tylko ułatwiłaś.
-Rozumiem.Tak,czy inaczej dziękuje.-rzekła rozglądając się na wszystkie strony,byle by tylko nie spojrzeć na mnie.Czy ja jestem,aż tak kurwa straszny?-To...Ja już pójdę.Cześć.
Nawet nie zdążyłem jej odpowiedzieć,ponieważ dziewczyna jak najszybciej dopadła klamki do drzwi i prawie biegiem opuściła moją posesje.Prychnąłem.
Nie zwlekając już dłużej zabrałem fajki z mojej skórzanej kurtki i udałem się na tyły domu.Jęknąłem ,kiedy moje ciało wylądowało na ogrodowym hamaku.

Wzdychnąłem cicho,kiedy w moim płucach pojawiła się kolejna dawka nikotyny i tlenku węgla.O tak.Tego mi brakowało.

Momentalnie usiadłem.Co ja jej kurwa powiedziałem?! Że tu nie chodziło o nią?! Że mi to tylko ułatwiła?! Ja pierdole!

Spławiłeś ją,idioto! Teraz to już na pewno jesteś u niej skończony.Ha,ha,ha !

Zamknij się!


============================================================

Hej,hej,hej !

Jest i 10 rozdział,yep ! Szczerze mówiąc nie spodziewałam się,że do tylu wytrwam i w ogóle wątpiłam,że ktoś to będzie czytał,oceniał itd. A tu takie coś...
7 komentarzy! To więcej niż oczekiwałam.

Z góry dziękuje za komentarze i przepraszam za błędy,jeśli jakieś wystąpiły :)


6 komentarzy=11 rozdział !


Brownberiessx
Tagi: opowiadanie
18.07.2013 o godz. 19:45
Edward


Obudziwszy się niedzielnego poranka,miałem ogromną ochotę rozkurwić,czyjąś mordę,za pomocą metalowego drążka.No,ewentualnie tasakiem.Głowa napierdalała mnie niemiłosiernie,moja gęba była cała skostniała,tak,że nawet przy najmniejszym ruchu,jakby chociaż poruszenie brwiami, sprawiała mi udrękę.A jakby tego było mało,moja lewa dłoń zaczęła puchnąć i ledwo co mogłem nią ruszać.Jednak nawet ból,ani zły humor,nie popsuje mi widoku zwijającego się z bólu Morgan'a.Już na samo wspomnienie tej perspektywy,cieszyłem się jak sto chujów.W końcu mogłem bez żadnych skrupułów i przeszkód skopać tą jego cyniczną mordę.Jednak wiedziałem,że prędzej,czy później znowu się spotkamy i byłem w stu procentach pewien,że tym razem nie skończy się to na "niewinnych" rękoczynach.Na samo wypowiedzenie imienia tego gnoja,cały gotowałem się w środku,a kiedy jeszcze przypomnę sobie jego łapska i ryj na Rose...Nie wiem,czy umiałbym się powstrzymać przed zlikwidowaniem tego pasożyta,gdyby nie Chris.Co do brunetki...Nie będę ukrywać,ale miałem ogromną ochotę pójść tam do niej,sprawdzić czy wszystko w porządku i... Chwila! Od kiedy Edward Howard przejmuje się pozbawionych własnego życia ludźmi?!
W zadziwiająco szybkim tempie wstałem z łóżka,z zamiarem pozbycia się tej smarkuli z czeluści mojej nieszczęsnej głowy.
Smarkuli...
O tej "smarkuli" myślisz dwadzieścia cztery godziny na dobę,idioto!
-Zamknij się ,debilu! -powiedziałem sam do siebie,jednocześnie zwracając uwagę matki,która właśnie wychodziła z sypialni.Jasna Cholera! Jeszcze tego mi brakowało.
-Synku,wszystko w porządku?-zapytała tym swoim dźwięcznym głosem,przepełnionym radością,od którego na samo wspomnienie chciało mi się zwrócić,wszystko to co znajdowało się w moim żołądku.Spojrzawszy na jej bujną rudą czuprynę,burknąłem niewyraźne "Nie twój interes",po czym,niemalże prawie potykając się o własne nogi,niczym huragan wpadałem do kuchni,od razu kierując się w stronę lodówki.
-Zero kultury w tym domu.Czyste ubóstwo!-powiedział głos za moimi plecami,który jak mniemam,należał do Katheriny.
Z początku nie wiedziałem o co jej chodzi,jednak po chwili zdałem sobie sprawę,że mam na sobie tylko bokserki.Jednak zbytnio się tym nie przejąłem i wciąż stojąc tyłem do gosposi wyciągnąłem z lodówki mleko,a z szafki płatki śniadaniowe.Odwróciłem się i nie zważając na ból w lewej dłoni,usiadłem na szafie,sycząc pod nosem.Przechylając pudełko płatków,które już po chwili znajdowały się w mojej gębie,upiłem spory łyk mleka i mlaszcząc głośno obserwowałem poczynania gosposi.Kobieta zmywała naczynia,mamrocząc coś cicho pod nosem.Odchyliłem się do tyłu podpierając się na lewej dłoni,całkowicie zapominając,że łapa nie jest w zbyt dobrym stanie i już po chwili można było usłyszeć donośne przekleństwo,wydobywające się z moich ust.Momentalnie oczy kobiety,spoczęły na mnie i rozszerzyły się do granic możliwości,natomiast ja mogłem tylko przeklinać się w duchu.
-Matko Boska,Edward! Co ci się stało?!-rzekła kobieta,wycierając dłonie w kawałek materiału.
-Nic-odparłem,wciąż usiłując stłumić w sobie wszystkie emocje.
-Jak to "NIC"?! Czy ty słyszysz samego siebie,Edward?! Człowiek z dnia na dzień,nie przychodzi do domu cały poobijany!-krzyknęła,biorąc moją twarz w obie ręce,dokładnie mi się przypatrując.
-To...-syknąłem,kiedy kciuk kobiety ucisnął,moją ranę na skroni.-To nic takiego.
-Jak to nic takiego?!-odparła,cofając się ode mnie o krok,tylko po to by chlasnąć mnie ścierką w ramię.
-Aaaa-łaaaa-odparłem przesadnie masując sobie bark.
-Przestań! Masz tu siedzieć i się nie ruszać.Zaraz to opatrzę.-rzekła zaglądając do jednej z szuflad.Głośno jęknąłem,kiedy w jej dłoniach ujrzałem małą apteczkę.
-Czy to naprawdę konieczne?-zapytałem,bacznie obserwując jak kobieta,w swoich palcach obraca gazik.
-Dobra,dobra już.-rzekłem widząc przerażającą minę gosposi,podnoszą przy tym dłonie w geście obronnym.
Już po chwili mogłem poczuć,nieprzyjemne szczypanie na twarzy spowodowane nadtlenkiem wodoru.W głębi duszy modliłem się tylko,aby kobieta nie zauważyła mojej spuchniętej dłoń.Nie miałem najmniejszego zamiaru latać po tych jebanych gogusiach w białych kitlach,z wielkimi binoklami na nosie.Jednak wiedziałem,że wzrok Katheriny jest w stanie wypatrzeć nawet najmniejszy pyłek w
kuchni.



Rose


Wychodząc z kościoła na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech.Lubiłam spędzać tam czas.Mogłam wtedy przemyśleć parę spraw i poważnie zastanowić się nad sensem swojego życia.Jednak moje interpretacje nie były tutaj najważniejsze,lecz to,że ten czas mogę spędzić blisko Boga.Że możemy być blisko ludzi,których straciliśmy.Że możemy z nimi "porozmawiać",opowiedzieć co wydarzyło się w naszym życiu przez ostatni czas,przedstawić im wszystkie za i przeciw,zwierzyć się im,chociaż i tak każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego,że oni nigdy się z nami nie skomunikują.Nie powiedzą,że cieszą się naszym szczęście,nie pocieszą w trudnych chwilach,kiedy człowiek nie ma już bladego pojęcia co ze sobą zrobić i najbardziej racjonalną rzeczą,którą w tej chwili im się wydaje jest samobójstwo.Pomimo tego iż ich nie ma obok nas,my wciąż uparcie mówimy im wszystko co nam leży na sercu.Dzięki temu czujemy się tak jakby oni byli z nami,bo w rzeczy samej są,cały czas,tylko po prostu trochę inaczej niżby się wydawało.Pewien mądry człowiek powiedział,że cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć.Czy życie w cierpieniu jest odważniejsze,niż śmierć? Samobójstwo to ułatwienie,tchórzostwo...Czyżby samobójstwo było łatwiejsze,niż życie w cierpieniu ?
-Rose,chodź.William już na nas czeka.-z moich rozpatrywań,wyrwał mnie donośny i stanowczy głos rodzicielki,która stała przede mną raz po raz tupiąc nogą o grunt.
-Jedźcie beze mnie.Muszę coś jeszcze załatwić.-odparłam spoglądać w czarne niczym ziemia oczy.
-No dobrze.Poradzisz sobie sama ?
-Tak,mamo.Nie ma już dwunastu lat,nie musisz się o mnie martwić,wiem co robię.-rzekłam,próbując wymusić delikatny uśmiech.Kobieta stała,patrzą na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem,bez cienia,jakiejkolwiek emocji.W końcu pokiwała delikatnie głową i powiedziała:
-Tylko pamiętaj,gdyby coś się działo dzwoń.
-Dobrze,naprawdę poradzę sobie.-odparłam delikatnie ją ściskając,po czym ruszyłam w kierunku domu Howard'ów.Jakoś nie czułam,żadnego "stresu" jakkolwiek by to zabrzmiało.Byłam wręcz szatańsko spokojna i pozytywnie nastawiona do tej rozmowy.Chociaż przyznam się bez bicia,że nadal myślami wyobraźni,nie mam bladego pojęcia jak to będzie wyglądać,jak ja w ogóle zacznę rozmowę.Jednak zdecydowałam,że po prostu będę improwizować.Dam się "ponieść emocją" jak to mówi Alison.No,ale za dobrze siebie znam i doskonale zdaję sobie sprawę z tego,że w ostatniej chwili,kiedy już stanę przed nim,nie będę w stanie wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa i pod wpływem stresu najzwyczajniej w świecie stchórzę.Tak,to cała Rose Jenkins.Na początku pewna siebie z błogim spokojem,później wystraszona jak diabeł święconej wody.Normalnie nieprawdopodobne.
-Witaj,Rose!-krzyknęła kobieta wyglądem przypominającą Alison.
-Dzień Dobry,Pani Howard!-odparłam z delikatnym uśmiechem.Kobieta obdarowała mnie radosnym spojrzeniem,po czym wsiadła do swojego czerwonego porsche.Pani Howard wyróżniała się swoją rudą czupryną i wciąż roześmianą twarzą.Obie z Alison były do siebie strasznie podobne,czego nie mogę powiedzieć o Edwardzie.On raczej z wyglądu,jak i z charakteru przypominał mi swojego ojca.Chociaż muszę przyznać,że czekoladowe tęczówki zdecydowanie ma po swojej rodzicielce.Takie piękne,niczym płynna,mleczna czek...Stop!
Rose opanuj się! On dla ciebie nic nie znaczy.No,oprócz tego,że uratował cię przed skretyniałym lalusiem.
Szybko pokiwałam głową,żeby odgonić od siebie te absurdalne myśli.Nawet nie zdążyłam się zorientować,a już stałam na ganku państwa Howard,podziwiając swoją dłoń która samoistnie powędrowała do dzwonka.



============================================================
Hej!

Co tam? Jak minął wam pierwszy tydzień Wakacji? :) Mam nadziej,ze rozdział,który w końcu dodałam się wam spodoba :)

Z góry przepraszam za błędy jakie wystąpiły i dziękuje za wszystkie komentarze.


6 komentarzy=10 rozdział ;p


Brownberiessx
Tagi: opowiadanie
09.07.2013 o godz. 23:53
Rose



Stukot kół samochodu towarowego, który przejeżdżał pod moim oknem, rozdarł głuchą ciszę jaka panowała wokoło. Zgrzyt sprzęgów i stukot kół stały się przez moment centrum mojej uwagi. W końcu hałas ucichł. Nigdy nie zwracałam na to uwagi, już tym bardziej nie budziło mnie to o trzeciej nad ranem.Wstałam z łóżka,odsłoniłam zasłonkę,przez którą wdzierały się delikatne promienie światła,wydobywające się z latarni znajdującej się nieopodal mojego okna.Otwarłam jedno z skrzydeł i wychyliłam się przez nie,delektując się zapachem świeżego powietrza.Na zewnątrz panował nocny chłód.Stałam tak przez chwilę i po krótkim zastanowieniu,postanowiłam wyjść na dwór.Wciągnęłam jeansowe spodnie,gruby i ciepły polar,a na stopy wsunęłam puchate kapcie,w różnorodne wzorki.Po cichu zamknęłam drzwi,tak,aby nie obudzić żadnego z domowników.Zeszłam po dość stromych schodach i zaczęłam po omacku szukać klamki.Otworzywszy drzwi usłyszałam ciszę i błogi spokój,panują teraz na posiadłości moich rodziców. Rześkie powietrze napełniło moje płuca,pozwalając mi jednocześnie na racjonalne myślenie.Rozejrzałam się dookoła,spostrzegając rozćwierkane,latające w pogoni za sobą ptaki.Jasne światło lamp strzegące szlaku z obu stron, rozświetlają ulicę,tworząc na niej żółtawy półmrok.Spojrzałam w stronę starego dębu,na którym wisiała huśtawka.Pamiętam jak zawsze huśtaliśmy się razem,czerpiąc z tego ogromną przyjemność.Jednak teraz wszystko się zmieniło,skomplikowało.Nasz rodzina jakby to ująć,rozpadła się.W domu nie słychać już tych radosnych śmiechów i krzyków,kiedy kłóciliśmy się o banalne w tej chwili rzeczy.A teraz ? Teraz w domu pozostałam tylko ja i rodzice.Liam studiuje prawo w Nowym Yorku,a Jacob.. No cóż.

Wolnymi krokami podeszłam do drzewa,opuszkami palców przejeżdżając po napisie wyrytym na dostojnym dębie.Widniały tam nasze imiona,które tata pomógł nam je wyskrobać.Dokładnie pamiętam ten dzień.Mama siedząca na drewnianej ławeczce,tuż obok wózeczka dziecięcego,w którym znajdował się czteromiesięczny Jacob.Tata klękający przy drzewie.Jego głośny wrzask,kiedy niespodziewanie z dłoni wyślizgnął mu się mały nożyk,raniąc mu tym samym dłoń.Nasze głośne śmiechy widząc,naszego rodziciel skaczącego po całym ogródku,przesadnie przy tym krzycząc.Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech,przypominając sobie wszystkie szczęśliwe chwile,które niczym taśma filmowa,przewijały się w mojej głowie.Delikatnie chwyciłam sznurki huśtawki,po woli na niej siadając.Podniosłam stopy do góry i zaczęłam się bujać.Co jak co,ale to chyba nigdy mi się nie znudzi.Huśtając się i słuchając ćwierkania ptaków mogłam bym siedzieć tak godzinami.Jednak wiedziałam,że ta cała sielanka niedługo się skończy i znowu powrócę to tej ponurej rzeczywistości.Od tej feralnej imprezy minęło zaledwie parę godzin,a ja wciąż próbowałam pozbierać swoje myśli,które cały czas krążyły wokoło Edwarda i Drake'a.Nie mam pojęcia,co bym zrobiła,gdyby brunet się w tedy nie zjawił.Co jak co,ale gdyby nie on pewnie doszło by do czynów,które ja omijam szerokim łukiem.Długo rozmyślałam jak się mu odwdzięczyć,jednak nic nie przychodziło mi do głowy.Zwyczajne słowo "Dziękuje" nie wystarczy.Było by to zbyt banalne,jednak w tej chwili to musiało starczyć.Zdaję sobie z tego sprawę,ze do końca mojego melancholijnego życia będę jego dłużniczką.Zastanawiam się jak spojrzę w jego czekoladowe tęczówki,w ogóle jak rozpocznę rozmowę.Wiem,jestem głupia i to cholernie.
-Rose ! Co ty wyprawiasz? Jest siódma rano !-moje myśli przerwał głos rodzicielki,stojącej na gangu w beżowym szlafroku.Momentalnie moje oczy skierowały się w jej stronę,a ona,widzą moją minę,odwróciła się i weszła do domu,kręcąc przy tym pobłażliwie głową.Nawet nie wiedziałam,że czas tak szybko minął.Dopiero co była trzecia nad ranem,a teraz siódma.No cóż świata zmienić nie mogę.Niestety.


Szurając głośno kapciami o kępki zielonej trawy,udałam się w kierunku domu,aby ponownie zmyć z siebie zapach Morgan'a,który pomimo kilkakrotnemu zdezynfekowaniu,dalej czułam na swym ciele.Aż brzydzę się samej siebie,przypominając sobie jego łapska na moich pośladka,długi język w gardle i...Szybko pokiwałam głową,z zamiarem pozbycia się moich absurdalnych myśli.Pomogło niemalże od razu.Otwierając drzwi,poczułam słodki zapach naleśników,a do moich ust momentalnie naleciała ślinka.Jednak nawet te pyszne placki,nie pozwolą mi zapomnieć o tym co się stało parę godzin temu i o tym,co zdecydowałam się zrobić tuż po niedzielnej mszy.



============================================================
Hej!

Jest 8 rozdział.Krótki i troszkę nudny,ale jest.Mało Edwarda,ale w następnym rozdziale,postaram się pisać trochę więcej,"jego osobą",czy coś. Kiedy nn? .Mam mnóstwo planów na dalszy los naszych bohaterów,jednak ani trochę weny.No,ale cóż...Kiedyś przecież musi mnie odwiedzić .Z góry dzięki,za wszystkie komentarze,one strasznie motywują.Sorki za błędy,jeśli jakieś wystąpiły.


5 komentarzy=9 rozdział


Brownberiessx

Tagi: Opowiadanie
13.06.2013 o godz. 15:54
Oczami Rose


-To już się zaczyna robić nudne-rzekła Alison.-Banda neardeltańczyków,chwalących się swoimi dennymi umiejętnościami gimnastycznymi.
-Alison przestań smęcić.Ostatnio sama kibicowałaś Edwardowi.-odparł chłopak uśmiechając się do niej chytrze.
-Nie wiedziałam co robię!
-Jasne,jasne i na pewno nie ty skakałaś,jak jakaś histeryczna,krzycząc "Aaa to mój brat! Moja Krew!"-odparł szatyn,udając Alison,machając przy tym dziwnie rękami i podskakując w miejscu.Zaśmiałam się,natomiast Alison spojrzała na niego z zamrużonymi oczami,dając mu kuksańca w bok.Chłopak tylko wzruszył ramionami i udał się w stronę ogrodu.
-Nie słuchaj go,Rose.Po prostu za dużo wypił i plecie jakieś bzdury.-rzekła blondynka ciągnąc mnie w stronę ogrodu.Okręciłam się jeszcze raz,z zamiarem ponownego przyjrzenia się Drakeowi,jednak już go tam nie było.
-Przecież to nic strasznego.To normalne,że cieszyłaś się wygraną Edwarda.
-Wiem,wiem,ale wiesz jaki jest Chris,zawsze musi mieć ostanie zdanie-rzekła,kiedy tylko znalazłyśmy się w ogrodzie.Zaczęłyśmy się przedzierać przez tłum nastolatków,którzy zachłannie próbowali zdobyć najlepsze miejsce,aby jak najlepiej widzieć to widowisko.Kiedy wreszcie znalazłyśmy się na samym przodzie,ujrzałam około piętnastu chłopaków,którzy stali pod dość grubym,metalowym prętem.Szczerze mówią to nie mam bladego pojęcia na czym ten "konkurs" polega.
-O co w tym w ogóle chodzi?-zapytałam dziewczynę,którą właśnie w tym momencie popchnął,jakiś chłopak dość sporych rozmiarów,przez co blondynka poleciała na mnie,prawie mnie obalając.
-Uważaj jak łazisz,kretynie! -krzyknęła na zielonookiego ,patrząc na niego z rządzą mordu w oczach.Widząc to chłopak wydukał niewyraźne "przepraszam" i zaczął się wycofywać,popychając innych swoim tłustym zadkiem.
-Idiota-syknęła Alison poprawiając swoją krwistoczerwoną sukienkę.-Pytałaś o coś? Bo nie dosłyszałam przez tego debila.
-Pytałam,o co chodzi w tym konkursie.-odparłam zerkając na stojących w jednym szeregu chłopaków.Wśród nich dostrzegłam także Edwarda.Bez koszulki...
-No więc,tak.Widzisz ten metalowy drążek?-zapytała,a ja tylko pokiwałam głową na tak.- No więc,ten kto zostanie na drążku ostatni i zrobi największą liczbę podciągnięć wygrywa.Zazwyczaj nagrodą są pieniądze lub po prostu alkohol.Typowe,żałosne popisy płci przeciwnej.-odparła wywracając oczami,krzyżując ręce na piersi.Fakt faktem,wygraną były pieniądze,ale nie widziałam żadnego sensu w tym całym przedstawieniu,więc byłam zmuszona zgodzić się z Alison.
-Wszyscy gotowi?!-nagle z głośników wydobył się głos,oznaczający jak mniemam rozpoczęcie się konkursu-Uwaga...Start!
No i się zaczęło.Wszyscy robili podciągnięcia z niewyobrażalną szybkością.Jednak nie Edward.On podciągał się powoli i płynnie.Dzięki temu nie męczył się tak szybko jak pozostali,którzy już po pierwszych 30 podciągnięciach odpadli z konkursu,cali spoceni z wysiłku.Kiedy liczba podciągnięć wynosiła już ponad 100,zostało tylko 6 uczestników,którzy ledwo dawali sobie radę.Spojrzałam na Edwarda.Na jego idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha,które kurczyły się przy każdym podciągnięciu.Patrząc tak na niego,na każdy jego ruch mięśni,na moich policzkach od razu zagościł kolor czerwony,a w środku,aż się zagotowałam.Nie spuszczając wzroku z bruneta zaczęłam wyobrażać sobie,jak jego silne ramiona mocno oplatają mnie w tali,a jego usta...
Nagle moje zamysły,przerwały głośne okrzyki imienia chłopaka.Spojrzałam na drążek,na którym znajdowali się już tylko dwaj uczestnicy.A mianowicie Edward i jakiś mocno umięśniony,dość niski,łysy mężczyzna średniego wieku.Widać było,że oboje już są na skraju wyczerpania,ale nadal uparcie wykonywali ruchy w dół i w górę.Okrzyki młodzieży nasiliły się i jeszcze głośniej wiwatowali imię bruneta.W końcu łysy delikwent odpuścił sobie i wypuścił ze swoich mocno umięśnionych dłoni kawałek metalu.Edward zobaczywszy,że mężczyzna się poddał,sam wykonał ostanie podciągnięcie i opadł stopami na ziemię,cały czerwony i spocony z wysiłku.
-Panie i Panowie! O to wasz sto krotny zwycięzca konkursu! Edward Howard!-krzyknął prowadzący tego całego przedstawienia,unoszą jedną rękę chłopakowi.Wszyscy automatycznie zaczęli krzyczeć,wiwatować,niektórzy nawet śpiewać.Alison uśmiechała się szeroko,krzycząc wraz z tłumem.Spojrzałam na chłopaka,który właśnie w tym momencie otrzymywał biała kopertę,w której o ile się nie mylę znajdowały się pieniądze.Edward powiedział coś do prowadzącego,po czym odwrócił się i zaczął szukać czegoś,lub kogoś w tłumie.Kiedy jego spojrzenie spoczęło na mnie,uśmiechnęłam się do niego delikatnie,co on oczywiście odwzajemnił i powolnymi krokami zaczął kierować się w moją stronę.Nagle,niespodziewanie do chłopaka podbiegła blondynka o zgrabnej sylwetce.Zarzuciła swoje ręce na szyje,składając na jego wargach namiętny pocałunek.Momentalnie moja nadzieja,na to,że uda mi się z nim dzisiaj porozmawiać,zniknęła w czeluściach mojej nieszczęsnej głowy.Natomiast w środku poczułam tak jakby...złość.Złość na siebie,że tak szybko dałam sobie nadzieje na lepsze poznanie go.
-Rose,wszystko okej? Jesteś strasznie blada.-rzekła Ali,przykładając swoją dłoń do mojego czoła,w celu sprawdzenia czy czasami nie mam gorączki.
-Nic się nie stało.Po prostu trochę rozbolała mnie głowa.Chyba pójdę się czegoś napić-odparłam zerkając jeszcze raz na wciąż całującą się parę nastolatków.
-Poczekaj,pójdę z tobą-powiedziała blondynka z troską w głosie,łapiąc mnie pod pachę.
-Nie,nie musisz.Poradzę sobie sama.
-Na pewno?
-Tak,dzięki.-odparłam uśmiechając się do niej ciepło.
-Dobrze,tylko uważaj na siebie!-rzuciła,uśmiechając lekko,po czym wdała się w rozmowę z Christianem.W ogóle skąd się on tutaj wziął? Najwidoczniej byłam tak zapatrzona w bruneta,ze nawet nie zdążyłam zauważyć,kiedy Chris do nas dołączył.Będąc już w środku udałam się w stronę łazienki.Okłamałam Alison,mówiąc jej,ze boli mnie głowa.Wcale tak nie było,tylko po prostu nie miałam najmniejszej ochoty patrzeć na jej brata w towarzystwie zgrabnej blondynki.Weszłam do łazienki,po czym podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje odbicie.Zobaczyłam w nim naiwną,pełną nadziei brunetkę ze łzami w oczach.Ostatnimi czasy w ogóle nie kontroluję tego co się ze mną dzieje.Co raz częściej rozmyślam o wysokim brunecie,który dla mnie jest nieosiągalny.Co raz częściej rozmyślałam nad marzeniami,które były z nim związane...Odkręciłam kurek i już po chwili mogłam wsłuchiwać się w delikatny szum wody,odbijającej się o dno umywali.Nie wiele myśląc,chlusnęłam sobie cieczą w twarz,aby w końcu ogarnąć swoje myśli i zacząć racjonalnie myśleć.Wzięłam mały puchaty ręcznik,wycierając sobie nim mokrą twarz.Ostatni raz spojrzałam w lustrzane odbicie i wyszłam z łazienki,zostawiając niezakręcony kurek,z którego,w dalszym ciągu lała się przezroczysta ciesz.Nie miałam zamiaru zostać tutaj,ani chwili dłużej,więc udałam się w stronę wyjścia.W tej chwili nie przejmowałam się zbytnio Alison,ponieważ była ona bezpieczna z Christianem,a w razie czego usprawiedliwię się,wyjściem z imprezy bólem głowy.Wychodzą na korytarz poczułam,jak ktoś mocno łapie mnie za nadgarstek,tym samym nie pozwalając mi na zrobienie ,ani jednego kroku.Moje serce stanęło,kiedy usłyszałam szorstki,a zarazem donośny głos:
-Gdzie Ci się tak śpieszy,mała? Impreza się jeszcze nie skończyła.
Po moim ciele przeszły ciarki i już po chwili mogłam podziwiać,owalną,a zarazem i obleśną twarz samego Drake'a Morgana.Chłopak wpatrywał się zachłannie w moje piersi,które skutecznie odsłaniała,czarna,obcisła sukienka z mocno wykrojonym dekoltem.Zaczynałam żałować,że uległam Alison,jeśli chodzi o mój strój.Chłopak chwycił mnie za drugi nadgarstek mocno przyciskając mnie do ściany.Jedną ręką trzymał moje dłonie,a drugą zaczął powoli zjeżdżać z tali na moje pośladki.Miałam ochotę krzyczeć,jednak i tak wiedziałam,ze to nic nie da,ponieważ zostałam bym zagłuszona przez głośną muzykę.Nawet nie miałam nadziei,że ktoś mi pomoże.Wszyscy się go bali i nie mieli by odwagi odciągnąć go ode mnie.Chyba,że Edward,ale go teraz tu nie było,gdyż w tej chwili zajęty był zgrabną blondynką.
-Nie będzie boleć,skarbie.Obiecuję.-rzekł chłopak mrucząc cicho po nosem.Po chwili jego usta wpiły się łapczywie w moją szyję,a jego dłoń automatycznie zacisnęła się na moim pośladku.Z sekundy na sekundy,analizowałam słowa chłopaka,aż w końcu przypomniały mi się słowa Christiana."To,że nie jedną dziewczynę skrzywdził"Momentalnie z moich oczu zaczęły lecieć łzy.Blondyn zobaczywszy to zaśmiał się,by po chwili wpić się zachłannie w moje usta,dokładając do tego swój długi i obleśny język.Jego ręka coraz bardziej zaciskała się na moich dłoniach,jak i na pośladku.Jego ciało jeszcze bardziej naparło na mnie przygważdżając mnie jeszcze bardzie do ściany.Już nawet nie kontrolowałam ilości moich łez,wciąż spływających po moich policzkach.Cały czas w mojej głowie kłębiły się słowa Chrisa."To,że nie jedną dziewczynę skrzywdził."
-Proszę Cię.Puść mnie.Zrobię wszystko co zechcesz,obiecuję.-zaczęłam mówić krztusząc się własnymi łzami,kiedy usta chłopaka oderwały się ode mnie.Jednak chłopak nie reagował,tylko wpił się w moje piersi,brutalnie pieszcząc je językiem,napierając jeszcze bardziej na moje ciało.
-Morgan! Nie słyszałeś kurwa co powiedziała?!Puść ją!-w pewnej chwili,poczułam jak moje ciało uwalnia się z objęć blondyna,a on sam ląduje na ziemi z głośny hukiem.Nawet nie zdążyłam złapać powietrza,ponieważ od razu zostałam objęta czyimiś ramionami.Bez większego zastanowienia,wtuliłam się w klatkę piersiową mojego wybawiciela.Jednak nie trwało do długo,ponieważ Drake podniósł się z ziemi i z całej swojej siły uderzył chłopaka,w sam środek kręgosłupa.Brunet jęknął głośno,uwalniają mnie ze swoich objęć,odwrócił się w stronę blondyna,i z całej siły uderzył go pięścią w nos.Chłopak cofnął się o kilka kroków w tył,łapiąc się za nos,z którego zaczęła wypływać czerwona ciecz.
-Pożałujesz tego Howard.-odpowiedział chłopak z spokojnym tonem,lecz w jego oczach można było zobaczyć wyraźnie wypisany gniew.Spojrzałam na wysokiego bruneta,który stanął w mojej obronie i wówczas wtedy zobaczyłam,że jest to ten sam Edward Howard,który jeszcze parę minut temu całował się z nieznaną mi blondynką,brat mojej najlepszej przyjaciółki,ten sam chłopak,o którym rozmyślałam przez ostatnie tygodnie...
-Jesteś zwykłym gnojem Morgan-syknął Edward robiąc krok w przód.
-Być może.Ale na pewno nie takim gnojem jakim jesteś ty!-krzyknął blondyn,robiąc krok w kierunku Edwarda.
-Lepiej zadzwoń po pogotowanie,zanim obiję ci tą cyniczną mordę-syknął robią jeszcze jeden krok.
-Gówno mi zrobisz!-odparł Drake,plując prosto w twarz bruneta.Było widać,że brat Alison już nie wytrzymał i zamachnął się w celu uderzenia tego krętacza,jednak ten niespodziewanie odskoczył,wymierzając cios prosto w klatkę piersiową bruneta.Nim Morgan zdążył ponowić cios,chłopak sprawnie wywinął się,z całej siły uderzając łokciem w jego mostek,od razu prostując przedramię i mierząc pięścią w jego szczękę.Chłopak jęknął cofając się kilka kroków do tyłu,jednak Edward szybko do niego do skończył obalając go na ziemię.Wokół nas zdążyło zebrać się spore kółko młodzieży.Niektórzy kibicowali Edwardowi,niektórzy Drake'owi.W tej chwili byli żałośni.Zamiast ich oddzielić,jeszcze im kibicowali.Gdybym tylko mogła sama postarałam bym się jakoś ich oddzielić,jednak byłam zbyt zdruzgotana wydarzeniem,której miało miejsce parę minut temu.Bałam się.Bałam się i to cholernie o Edwarda.Nie darowałam bym sobie,gdyby mu się coś stało z mojego powodu.Długo nie trwało,a role się zmieniły.Teraz Drake'a siedział na Edwardzie obładowując go serią pięści.Jednak brunet nie dawał za wygraną i sprawnie się obrócił,tak,że teraz to on miał kontrolę nad Drakiem.Wymierzył mu parę ciosów w szczękę,a kiedy podnosił pięść by ponowić atak blondyn sprawnie przesunął się tym samy powodując,że dłoń Edwarda uderzyła w czerwone od krwi panele.Nagle moim oczom ukazał się Christian,który pociągnął bruneta za ramię tym samym odciągając go od Drake'a.Chris widzą,że blondyn chce wstań,zamierzył mi parę kopniaków w brzuch,przez co chłopak,aż jęczał z bólu.
-Rose!-usłyszałam głośny krzyk Alison,która już po chwili obejmowała mnie swymi ramionami.Była cała podenerwowana.-Nic Ci się nie stało?! Coś Ci zrobił?!-zadawał mi masę pytań,jednak ja w tej chwili w ogóle nie kontaktowałam ze światem.Cały czas miałam przed oczami całego zakrwawionego Edwarda.Lekko odepchnęłam Alison od siebie,spoglądając na bruneta.Jego twarz jak i dłonie były od krwi,biała bluzka podarta z plamami czerwonej cieczy.Chłopak spojrzał na mnie z troską i zmartwieniem wypisanym na twarzy.Patrzyliśmy tak na siebie,bez żadnych emocji,tak po prostu.Staliśmy tak,bez ruchu,wpatrując się w siebie,dopóki nie przerwała nam Alison.
-Rose chodź,idziemy do domu-Byłam wstrząśnięta i roztargniona,więc nawet nie miałam siły,żeby się jej sprzeciwić.



============================================================

Hej!

7 rozdział już jest! Były 3 komentarze (A nawet i więcej) więc jest rozdział,tak jak obiecałam.
Z góry chciałam bym wam podziękować,za ilość komentarzy pod ostatnim rozdziałem i o ilości osób,które mnie obserwują i czytają bloga. No więc, z góry dziękuje! Jeszcze raz z góry dziękuje i przepraszam za błędy jeśli jakieś wystąpiły


5/6 komentarz=8 rozdział


Brownberiessx

Tagi: opowiadanie
02.06.2013 o godz. 20:21
Oczami Rose


Wysiadając z samochodu Ali, miałam ogromną chęć,aby uciec z tond jak najdalej.Kiedy tylko ujrzałam tłum stojących pijanych już z resztą nastolatków,od razu zaczęłam besztać się w myślach,że w ogóle tutaj przyszłam i tak łatwo odpuściłam Alison. Jednak nie to było najdziwniejsze,lecz to,że moja mama pozwoliła mi iść,jak sama to określiła,na tą "Libacje dla uzależnionej młodzieży". Długo trwało,by ją do tego namówić,no ale dzięki darze do przekonywania Alison,z lekką nutką niepewności,zgodziła się.Szczerze mówiąc miałam ogromną nadzieje,że moja rodzicielka się nie zgodzi i nie będę musiała tutaj przychodzić...Spojrzałam na Alison,która właśnie w tym momencie podeszła do mnie i chwyciła pod pachę.
-Będzie fajnie,zobaczysz,Rose-rzekła,kiedy tylko zobaczyła moją minę.
-Było by lepiej,gdybym została w domu.W ogóle zastanawiam się,czy przyjście tutaj było dobrym pomysłem.
-Daj spokój.Ile razy to jeszcze będziemy przerabiać?-odparła,wchodząc do domu,którego posady,aż trzęsły się od głośnej muzyki.
-Jesteś młoda i musisz to wykorzystać.Dobra zabawa,przede wszystkim,Rose.
Już otwierałam usta,z zamiarem natychmiastowego sprzeciwu,kiedy zobaczyłam Christiana,który zbliżał się w naszą stronę z szerokim uśmiechem.Blondynka widząc to,pomachała mu i znacznie przyśpieszyła kroku,ciągnąc mnie za sobą.Skoro chodzi o Ali i Chrisa,to od paru tygodni widać,że pomiędzy nimi coś jest.Ich uśmiechy,każdy ich gest wskazuje tylko na jedno.Chociaż nie chciałam bym być w skórze Christiana,kiedy Edward dowie się,że ze sobą kręcą.Patrząc tak na nich,przytulających się,sama zapragnęłam,żeby mnie tak ktoś przytulił i nigdy nie wypuścił ze swych ramion.No,ale to tylko moje głupie marzenia,które z resztą nigdy się nie spełnią.No,ale pomarzyć sobie zawsze można,nie?
-Gdzie Edward?-zapytała blondynka,uwalniając się z objęć szatyna.Na samą myśl,że ON gdzieś tu jest,przeszły mnie ciarki.
-Nie wiem.Pewnie zabawia się z jakąś naiwną blondyną.-zaśmiał się,na co Alison wręcz sparaliżowała go swoim spojrzeniem.Chłopak uśmiechnął się tylko słodko i pocałował moją przyjaciółkę w skroń.Na samą myśl,co może teraz robić chłopak,o którym rozmyślam przez ostatnie tygodnie,wzdrygnęłam się zniesmaczona i nie będę ukrywać,ale zrobiło mi się jakoś...Sama nie wiem jak to określić.Z resztą nie wiem,czego ja od niego oczekuje.Tego,ze pewnego dnia przyjedzie po mnie na swym białym rumaku i odjedziemy ku zachodzącemu słońcu ? Takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach,nie w prawdziwym świecie.W ogóle nie mam bladego pojęcia,czemu,aż tak bardzo zaczęłam się nim interesować.Nie znałam go,choć z tego co mówiono w szkole na jego temat,mogłam wiele wywnioskować. Edward działa więcej niż na dwa fronty,czyli ściśle mówiąc,przeleciał chyba każdą dziewczynę w szkole,po czym łamał jej bezwarunkowo serce.Dla mnie w tej chwili był żałosny.Człowieka powinno się kochać i szanować,pomimo jego wad,czy trudnej przeszłości.A on? Wykorzystuje dziewczyny,a one głupie tak łatwo ulegają,temu jego hipnotyzującemu,spojrzeniu i głupkowatym uśmieszku,który już nie raz,ostro zawrócił,nie jednej w głowie.Gardzi ludźmi i ma w wysokim poważaniu to co się wokół niego dzieje.Już nie wspominając o jego zachowaniu w szkole i ilości bójek,których wywołał.Parę razy podpadł dyrektorowi,co groziło mu wyleceniem ze szkoły,ale dzięki kasie jego rodzicom nie zrobił tego.Płacili mu,żeby zapomniał o zaistniałej sytuacji,udawał,ze nic się nie stało,że wszystko jest dobrze i na swoim miejscu.Po co to robili? Jego rodzice zrobili by wszystko,żeby tylko zatrzymać swoją reputacje.W sumie z drugiej strony nie dziwię się,czemu taki jest.Miał trudne dzieciństwo.W ogóle...
-Rose.Halo? Żyjesz?-nagle z zawirować myśli,kłębiących się w mojej głowie,wyrwał mnie głos Alison,machającej dłonią przed moją twarzą.
-ee tak...Przepraszam zamyśliłam się-odparłam z lekki uśmiechem.
-Nic się nie stało.Chcesz coś do picia ?
-Nie,dzięki.Ja nie pije.-blondynka miała już coś dodać,kiedy niespodziewanie odezwał się Chris.
-To i tak cud,że w ogóle tu przyszłaś,Jenkins-powiedział Christian chytrze się uśmiechając.Długo nie trwało,a mogłam podziwiać jak spojrzenie szatyna,wręcz zjeżdża po mnie wzrokiem.Nie będę ukrywać,ale trochę mnie to irytowało i krępowało.
-Idź już,a nie pieprzysz nie dorzeczy.-syknęła Alison,po czym chłopak leniwie udał się w stronę baru.Nagle Alison spojrzała w stronę wyjścia z zamrużonymi oczami,a pomiędzy jej brwiami pojawiła się charakterystyczna zmarszczka,która zawsze ukazywała się,kiedy dziewczynę coś zdenerwowało,lub irytowało.Odwróciłam się z zamiarem poznania celu jej wzburzenia.W drzwiach ujrzałam średniej wielkości blondyna,z jakimiś dwoma mniejszymi od niego chłopakami.
-Co jest?-zapytał Christian powracając z dwoma drinkami w dłoni,z czego jeden dał Alison.
-Drake przyszedł.-odrzekła biorąc od niego drinka,nie spuszczając z blondyna gardzącego spojrzenia.
-Kto to jest?-spytałam,odwracając się,aby jeszcze raz dokładniej przyjrzeć się sylwetce chłopaka.
-Nie znasz Drake'a Morgan'a ?-zapytał chłopak,na co pokręciłam przecząco głową.- Drake to rozpuszczony bachor.Jego rodzice mają kupę szmalu,co pewnie już zauważyłaś-szatyn roześmiał się zerkając na blondyna.Faktycznie widać było,że chłopak ma dużo kasy,ale za to gust miał nie najlepszy.Ubrany był w żółty podkoszulek,fioletowa spodnie opuszczone w kroku i niebiesko-żółte sneakersy,a na głowie miał dużą ilość żelu do włosów.Czyli tak jak to ujął Christian.-Dobra,do rzeczy.On i Edward to zacięci wrogowie,a kiedy już się spotkają,leje się krew.Dosłownie.-spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami.-Może i nie jest zbyt silny i nie ma dwóch metrów wysokości,tak jak Edward,ale już nie raz spowodował uraz mózgu,niejednemu chłoptasiowi.-odparł szatyn na co,moje oczy otworzyły się jeszcze szerzej.
-Oczywiście pomijając to,że już nie raz miał proces sądowy.Mniej więcej za ilość bójek spowodowanych jego osobą.-dodała Alison,która w końcu oderwała wzrok od niejakiego Drake'a.
-A jakby tego było mało wiele dziewczyn przez niego ucierpiało.-rzekł Christian popijając swojego drinka.
-Co masz na myśli?-zapytałam nie bardzo wiedząc do czego zmierza.
-To,że nie jedną dziewczynę już skrzywdził.Wiesz,gwałty i te sprawy.-powiedział.Otwarłam buzie ze zdziwieniem,spoglądając na zdenerwowaną Alison,która już zdążyła wypić całego drinka.
-Właśnie.Więc proszę Cię,Rose.Choćby nie wiem,co się miało stać,omijaj go szerokim łukiem.-odparła Alison troską w głosie.Pokręciłam tylko głową uśmiechając się do niej ciepło.
-Lepiej,żeby Edward nie wiedział,że Drake tu jest.Inaczej nie skończy się do dobrze.-powiedział Christian kończąc pić swojego drinka.Już miałam coś dodać,kiedy nagle przerwał mi donośny głosy,wydobywający się z ogrodu.
-Panie i Panowie! Gotowi na kolejną dawkę emocji?





Oczami Edwarda


Siedziałem sobie,na jednym z foteli ogrodowych,myśląc o zgrabnej blondynce,z którą spędziłem ostanie,miłe 10 minut.Delektując się zajebistym smakiem papierosa zmieszanym z drinkiem,oglądałem gołe dupy kręcące się wokół mnie.Takie kurwa życie to ja rozumiem ! Siedzieć na dupie opierdalać się w towarzystwie kobiet,dobrego alkoholu i fajek.Wypiłem dość sporo,ale i tak wiedziałem,że moja łeb jest na tyle wytrzymała,by wypić jeszcze parę litrów alkoholu.Lub kilkanaście litrów.Swoją drogą nigdzie nie mogłem znaleźć Christiana.Przysiągłbym,że jest teraz z moją siostrą i razem gruchają sobie w pokoju.Cholera ! Na samą myśl o tym,miałem ogromną ochotę mu...
-Howard! Chodź szybko! Zaraz zaczyna się konkurs! -darł się w moją stronę Jacob-główny organizator tej imprezy.Leniwie uniosłem się z fotela i udałem się w stronę bruneta,raz po raz zaciągając się skrętem.
-Jaka stawka?-zapytałem spoglądając na Jacoba,który tylko uśmiechnął się chytrze.Wyrzuciłem niedopałek na ziemie i spojrzałem na niego wyczekująco.
-Tysiąc dolców.-odparł,pokazując na biała kopertę,w której jak mniemam znajdowałam się kasa.
-No to wykurwiście -odparłem ściągając z siebie białą bluzkę z krótkim rękawem,po czym zająłem swoje miejsce.
-No i to rozumiem,stary-rzekł brunet,po czym zaczął swoje zajebiste przemówienie.Rozejrzałem się dookoła,aby sprawdzić,czy mam jakiś godnych podziwu rywali,jednak nikogo takiego nie zauważyłem.Sami amatorzy."To będzie prostsze niż myślałem."




============================================================

Hej,hej,hej!

6 rozdział już jest i mam nadzieje,ze się wam spodoba :)Z góry sorki,jeśli wystąpiły jakieś błędy,czy coś. Wielkie dzięki za komentarze :)


Brownberiessx


3 komentarze=7 rozdział :D
Tagi: opowiadanie
01.06.2013 o godz. 09:45
Widziałam jak z każdym, kolejnym moim słowem zmieniał się wyraz jego twarzy, a serce przyśpieszało.Bał się.On.Ten, który zapewniał mnie, że zawsze trzeba stawiać odważne kroki do przodu.Nie pić nad przeszłością, i nie cofać się przed wyzwaniami.Jednak, któregoś dnia nawet on pękł.Chciał przegrać.Zabawne.To przecież on nauczył mnie walki do końca.Wpajał mi późnymi wieczorami pewność, że będzie dobrze i obejmował kiedy tego potrzebowałam.Tym razem rolę się odwróciły.To ja mu pomogłam wygrać, jednocześnie wpuszczając go do środka, gdzie ułożył mi z tygodnia na tydzień moje uczucia.


Jesteś najlepszym przykładem, skąd się bierze moja niechęć do związków. Tracisz tożsamość, kiedy się wiążesz z facetem, zatracasz się w związkach do tego stopnia, że nie jesteś nawet w stanie odnaleźć własnej osobowości.



Brownberiessx
Tagi: Wpisy
14.04.2013 o godz. 14:09
Dlaczego to my mamy cierpieć, wylewając ocean łez? Nie przesypiać nocy, dławiąc się wspomnieniami? Zamieńmy się rolami z mężczyznami.Zacznijmy się zabawiać, każdym napotkanym facetem, bez skrupułów.Wykorzystujmy i pozostawiajmy bez słowa.Jeździjmy na kilka frontów, mając w poważaniu ich uczucia.Wpisując w swoich magicznych notesikach "zaliczony-odstawiony". Zero zaangażowania, emocji. Wypierzmy się ze wszelkiego uczucia i bądźmy bezwzględne do granic możliwości.Wiech choć przez ułamek sekundy zastanowią się, jak to jest płakać z powodu nieodwzajemnionych uderzeń serca...






Jak każdy, mam marzenia.Jedne stoją na wyższej, drugie na nieco niższej półce, ale wszystkie są dla mnie tak samo ważne.Chcę ich.Pragnę.Układam sobie z nimi scenariusze w kolorowych barwach przeplatane gdzieniegdzie upałem na zewnątrz, kawą na wynos, i tłumem ludzi w windzie.Masą nowych pomysłów do przeglądnięcia i uśmiechem zmieszanym ze zmęczeniem.Jednak nigdy nie przekraczam tej wyznaczonej sobie granicy.Z powrotem znajduję się w swoich czterech ścianach truchlejąc ze strachu jak co wieczór. Znów, po raz kolejny strach paraliżuję mnie, i mój układ oddechowy.Boję się. Boję się spełniać własne marzenia.Boję się, że będę musiała podjąć pewną decyzję, lub co gorsza, co jeśli nawet jej nie dostanę.Samotność czy spełnianie swoich marzeń?


Brownberiessx


"Szkoła uczuć" <3



Tagi: Wpisy
10.04.2013 o godz. 21:11
Oczami Rose


Sama nie mogę uwierzyć w to co robię.Właśnie stoję pod domem Howardów,nie wiedząc co robić.Odwróciłam się z zamiarem jak najszybszego opuszczenia ich podjazdu.Jednak na marne,ponieważ od razu w mojej głowie pojawił się obraz Alison,która mówiła "Zapukaj do tych cholernych drzwi.Nie zawiedź mnie". Szybko pokręciłam głową,z zamiarem pozbycia się dziewczyny z mojego umysłu.Podziałało niemal,że od razu.Jednak ja nadal stałam na tym przeklętym podjeździe.Nie mogłam się ruszyć.Czułam jak jakaś niewidzialna siła,nie daje mi możliwości zrobienia,ani jednego kroku w stronę drzwi Howardów."Dasz radę,Rose.Przecież to nie jest takie straszne,jak Ci się wydaje." usłyszałam głos w mojej głowię,po czym ruszyłam w stronę drzwi.Moja ręka,samowolnie powędrowała w stronę dzwonka,jednak po chwili cofnęłam ją.Sama już nie wiem co mam robić.Z jednej strony nie chce tego,a z drugiej nie chce nadużyć zaufania Alison..."Dobra,raz się żyje" pomyślałam i nacisnęłam dzwonek.Po chwili zdałam sobie sprawę,z tego co właśnie zrobiłam.Szybko odwróciłam się z zamiarem ucieknięcia stąd jak najdalej,kiedy nagle drzwi się otworzyły...


Oczami Edwarda



Gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi,poczułem ogromną ochotę by komuś przywalić.Przebrany w najwygodniejszy dres,które dostałem od Alison na święta,ledwo zdążyłem usiąść na kanapie z paczką chipsów i truskawkowym jogurtem.Nienawidziłem takich chwili,jak ta i mrucząc zły pod nosem udałem się w stronę drzwi.Wsunąłem łyżeczkę od jogurtu do ust,po czym szarpnąłem klamką.Już miałem w myślach ułożoną wredną gadkę,na powitanie natręta,jednak momentalnie wyleciał mi z głowy,kiedy w drzwiach zobaczyłem stojącą do mnie tyłem Rose.Dziewczyna szybko odwróciła się w moją stronę z nietęgą miną.
-Proszę,proszę,proszę...Któż to zawitał do mych skromnych progów.-gdy tylko to powiedziałem,łyżeczka wypadła mi z moich ust,jednak zręcznie złapałem ją w locie.Dziewczyna spojrzała na mnie i odgarnęła włosy za ucho.
-Rose Jenkins.We własnej,skromnej osobie...-rzekłem i oparłem się ramieniem o framugę z chytrym uśmieszkiem.
-Jest Alison?-zapytała wlepiając swoje brązowe gałki oczne w moją osobę.
-Jest u siebie-rzekłem z nikłym uśmieszkiem.Przesunąłem się i ręką wskazałem na korytarz zapraszając dziewczynę do środka.Jednak to trochę potrwało za nim ona ruszyła swój tyłek.Z resztą był całkiem niezły.Weszła do środka tak szybko,że nawet nie wiedziałem kiedy.Miałem wrażenie,że próbuje się trzymać ode mnie z daleka.To było dziwne.Jeszcze nigdy żadna dziewczyna nie przeszła obok mnie obojętnie,a wręcz przeciwnie.Rosalie stała tyłem do mnie,a mój łapczywy wzrok od razu skierował się na jej zgrabny tyłek.
-Alison!-nadarłem się cały czas obserwując brunetkę.Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na mnie ze sceptycznym wyrazem twarzy.Podszedłem do niej bliżej tak ,że prawie stykaliśmy się ciałami.Była niska i żeby spojrzeć w moje oczy musiała mocno zadrzeć głowę do góry.Zawsze podobały mi się niskie brunetki.
-Jednak przyszłaś-powiedziałem schylając się-To dobrze.-rzekłem nonszalancko do jej ucha.Ośmielony tym,że jeszcze nawet nie drgnęła,złapałem ją w pasie i przyciągnąłem jeszcze bliżej siebie.
-Co byś powiedziała na...-już miałem dokończyć,kiedy przerwała mi Alison.Kurwa! Właśnie w tej chwili?! Dziewczyna szybko się ode mnie odsunęła,a Alison patrzyła na nas z zmarszczonymi brwiami,lecz po chwili złapała Rosalie za rękę i razem poszły na górę.Kiedy były już na ostatnim schodku,brunetka odwróciła się,a ja uśmiechnąłem się do niej i puściłem oczko,na co ona spłonęła rumieńcem.
Czułem,że ta laską zawróci mi ostro w głowie w najbliższym czasie.Szczerze? Sam nie wiem dlaczego.


Oczami Rose



-Nic ci nie zrobił?Bo inaczej zabiję gnoja...-powiedziała Ali z przejęciem,kiedy tylko znaleźliśmy się w jej pokoju.Pokój był dość duży i przestronny.Ściany były krwistoczerwone,a jedna z nich była cała poobklejana plakatami,różnych zespołów.W sumie miałyśmy podobny gust.W moim pokoju dominował czarny i krwistoczerwony kolor.Kiedyś był jasny,ale to się zmieniło po śmierci Jakoba...
-Rose! Słuchasz ty mnie w ogóle?-zapytała Ali,tym samym wyprowadzając mnie z transu.
-ee tak...-zapytałam i usiadłam na fotelu,który znajdował się tuż obok jej łóżka.
-Nie zrobił Ci nic? Wiesz doskonale jaki jest mój...-przerwałam jej.
-Nie,Ali.Nic się takiego nie stało.-rzekłam po czym spojrzałam na nią.Nie miałam bladego pojęcia co w niego wstąpiło.Był tam blisko mnie,że prawie.
-Na pewno?-powiedziała Ali,jednocześnie przerywając moje przemyślenia.Patrzyła na mnie z zmarszczonymi brwiami,a ja uśmiechnęłam się do niej,jakby nigdy nic się nie stało.
-Naprawdę Alison.-odparłam.Nie mogłam powiedzieć jej prawdy,inaczej już planowała by na nim jakąś zemstę,której ja wolałam uniknąć dla dobra ich obojga.
-Dobra niech ci będzie-powiedziała ubierając kurtkę-Ale i tam mi to nie pasuje.
-Jest okej-powiedziałam wstając z fotela.-Idziemy?
-Jasne!-krzyknęła po czym złapał mnie za rękę i zaczęła ciągnąć na dół,gadając coś o imprezie u Josha.Szczerze mówiąc,byłam przeciwna pójścia na nią.Nie lubiłam takich klimatów.Alkohol,papierosy,pełno pijanych nastolatków,niektórzy zabawiający się w łazience,niektórzy na fotelach.Dwoma słowami:Istna paranoja.Tak samo nie lubiłam zakupów i chodzenia po sklepach.Jednak wiedziałam,że z Alison nie wygram i tak prędzej,czy później zawlokła by mnie tam siłą.


"Czym są wspomnienia? Każde z nich, te większe, jak i te mniejsze, mają swój kolor, zapach, smak. Niektóre spływają delikatnie na dno duszy,a inne zarysowują się w niej zapamiętale, nie pytając nas o zdanie



============================================================

Siemanko! Jest już 5 rozdział.Mam nadzieje,że się wam spodoba.Z góry przepraszam za błędy,jeśli jakieś wystąpiły i WIELKIE dzięki za komentarze. Oby tak dalej :D

Brownberiessx
Tagi: Opowiadanie
08.04.2013 o godz. 21:17
Był jak ulubiona książka.Miałam swoje ulubione fragmenty, znałam całą treść na pamięć, a i tak, za każdym razem odkrywałam coś nowego.Uwielbiałam jego ciemne tęczówki i uśmiech, który zdradzał jego kolor duszy.Znałam na pamięć jego każdą rysę,czy bliznę tą na ciele, jak i na sercu.Były różnych wielkości, jedne bolały bardziej, drugie nieco mniej, ale sama świadomość, że cierpiał utrudniała mi oddychanie.Znałam go na wylot.Wiedziałam co lubił, a czego nie.Czego się bał, i dlaczego robił wszystko, aby nie stać jak jego ojciec, a mimo wszystko - każdego dnia, dowiadywałam się o nim kolejnych, wspaniałych rzeczy, a czasem wręcz przeciwnie - jego przeszłość nie była kolorowa.Nie pachniała grzecznością, dobrocią czy życzliwością.Ważne, że przyszłość zapowiadała się w kolorach tęczy.O zapachu naszych wymieszanych perfum o drugiej w nocy, i o smaku naszych złączonych ust.Tylko to się liczyło.

Brownberiessx

Tagi: Wpisy
05.04.2013 o godz. 21:03
Dziewczyna poszła na koncert Justina Biebera i potem...Została zgwałcona...
Strasznie płakała na ulicy przez 3 dni, miała przy sobie tylko 10 dolarów, nie mogła znaleźć powrotu do domu, jej rodzicie myśleli, że jest w hotelu. Poszli jej szukać. Dziewczyna wreszcie znalazła drogę do domu. Historia ukazała się na Twitterze.Justin spotkał się z nią, opowiedziała mu całą historię i płakali oboje...
Poszli razem na kolację.Justin płacił za wsparcie psychologiczne... Nie jestem jego fanką, ale uzyskał mój szacunek. Nie jeden by to po prostu olał.. i nie piszcie tylko głupich komentarzy typu "wstawiłaś to dla pokazu" e... Wcale tak nie jest...Wstawiłam, ponieważ zauważyłam jak większość osób nienawidzi Biebera i szczerze to sami nie wiedzą z jakiego powodu... On też ma serce...Człowiek jak każdy inny, widać, że z chęcią pomaga innym... Więc zamiast wpierdalać (za przeproszeniem) się w czyjeś życie o którym nic nie wiecie, zajmijcie się swoim. Osoby które hejtują innych moim zdaniem są gówno warci, potrafią tylko krytykować, widzą błędy u kogoś lecz u siebie to już nie... Teraz czekam na szczeniackich kozaków krytykujących Biebera.
Pozdrawiam.

Borwnberiessx


Tagi: Wpisy
05.04.2013 o godz. 20:41
brownberiessx
Przez ciernie do gwiazd.
O mnie: Czasem, gdy człowiek chce zrobić coś ryzykownego, mówi sobie: 'I tak nie mam nic do stracenia'. A potem ku jego rozpaczy okazuje się, że jednak coś czego się nie ma, też można stracić. I wtedy jest się na minusie - moralnym, emocjonalnym i psychicznym. Oto gorzka życiowa prawda - zawsze może być gorzej.
statystyki